"Hej, hej, Mars napada" - śpiewał kiedyś Kazik Staszewski. Słowa piosenki idealnie pasują do najnowszego produktu Empire Interactive, Starship Troopers: Żołnierze Kosmosu, wydanego w Polsce przez firmę Cenega. Tuż po premierze gry w sieci pojawiły się liczne porównania do słynnego Serious Sama. Wrogowie stawiają bowiem na ilość, a nie taktykę, czyli tzw. "w kupie siła". Odnośnie tej kupy, trzeba też mieć jako takie wyczucie, bo jak się za daleko jeden z drugim zapędzi, to gracz może utonąć w szambie. Niestety, w przypadku produkcji studia StrangeLite, to wyczucie nie zostało momentami zachowane. Ale po kolei...
Choć już płonął, to krzyczał: ,,A jednak się kręci!"
Na początek mała dygresja. Starship Troopers: Żołnierze Kosmosu to gra oparta na filmie pod tym samym tytułem. I właśnie o produkcji Tristar Pictures kilka słów chciałem rzec. Obraz jest słaby i nie polecam go nikomu (oprócz fanatyków sieczki w konwencji sci-fi). Jedyną praktycznie rzeczą, godną zapamiętania, jest śliczny nosek Denise Richards. Aktorstwo stoi na bardzo niskim poziomie, podobnie jak fabuła. Dialogi są naciągane i wieje od nich sztucznością. Specyficzny humor również do mnie nie przemawia. Słowem - ST to kompletnie nie moja bajka, w dodatku słabo wykonana. I właśnie na tych trefnych fundamentach zbudowany został produkt Empire Interactive. Możecie się już powoli domyślać, jak wyszło.
Hej, hej, u wrót stoi wróg - nie rzucimy ziemi, skąd nasz ród!
Starship Troopers to gra akcji, osadzona w świecie znanym z wyżej opisanego filmu. Ziemianie toczą nieustanne walki z robalami-mutantami. Po ostatnim zmasowanym ataku na naszą rodzimą planetę, jej mieszkańcy postanowili nie zostać dłużni - zwiększyli pobór do armii republikańskiej i szykują wielkie uderzenie na kolejne ośrodki zagnieżdżenia wrogów. Mimo tworzenia coraz to większych armii, robale mają ogromną przewagę liczebną, a jedyną szansą na powodzenie jest lepsze usprzętowienie homo sapiens sapiens. Jak się jednak okazuje w trakcie gry, nie tylko człowiek jest tu istotą myślącą, co z pozoru wydaje się wręcz absurdalne (ci, którzy oglądali film, wiedzą, o czym mówię). Sytuacja robi się coraz bardziej dramatyczna, a my uczestniczymy często w niemal samobójczych misjach. Czegóż to się nie robi dla Matki-Ziemi.

Nawiązań do filmu jednak jak na lekarstwo. Fabuła w nim co prawda była mierna, ale chociaż była. W grze praktycznie każda postać zostaje wyzuta z osobowości, jest tylko anonimowym żołnierzem. Nie poznajemy żadnych historii z życia prywatnego bohaterów, ba, ciężko nawet wskazać jakichkolwiek bohaterów. Twórcy postawili wyłącznie na akcję, a to błąd, bowiem wątki poboczne, wewnętrzne przeżycia postaci niewątpliwie wzbogaciłyby rozgrywkę i pomogły bardziej wczuć się w rolę żołnierza, utożsamić z nim. A tak, pozostaje nam posucha i tępe rżnięcie we wszystko co się rusza... Owszem, w grze zaimplementowano wstawki filmowe, jednak nie mają one szczególnego znaczenia. Niektóre są wprowadzeniem do nadchodzącej misji, a inne występują raczej w roli bonusa, aniżeli elementu mającego wprowadzić coś do strony fabularnej produktu.