|
Jak na razie opowiedziałem Wam tylko o grze. Teraz jednak chciałbym trochę ponarzekać. Need for Speed Carbon nie posiada błędów widocznych gołym okiem, lecz niektóre z elementów rozgrywki ewidentnie mogą zirytować. Przede wszystkim nie podoba mnie się zbytnia ingerencja w pojazd, którym pokonujemy kolejne wyścigi. Na tym poletku autorzy bez mała przesadzili z rozbudowaniem. Gracz „musi” ustalać niemal każdy szczegół: od wysokości felg, przez zderzaki, maskę, na dachu kończąc. Dodatkowo wybiera także moc silnika, jak i szereg innych elementów, które i tak, w moim osobistym odczuciu, nie mają zbytniego wpływu na rozgrywkę. Drugim denerwującym elementem jest prostota rozgrywki. Grę można ukończyć nawet i jedną ręką, wygrywając niemal wszystkie wyścigi za pierwszym razem (nawet w kanionach). Niestety bardzo mocno wpływa to na grywalność – na początku rywalizacja jest emocjonująca, lecz w momencie, gdy gracz wygrywa któryś bieg z rzędu, ma ochotę wyłączyć grę i już więcej do niej nie wracać. Bo co to za frajda wyprzedzić wszystkich na pierwszym wirażu i spokojnie jechać do mety?
Wszystkie elementy graficzne, które zaimplementowano do gry, wyglądają naprawdę dobrze. Jednak samych szczegółów nie jest za wiele, przez co ma się wrażenie, iż Carbon jest niezwykle ubogą produkcją, bynajmniej w kwestii wizualnej. Autorzy po raz kolejny zaserwowali nam nocne scenerie, więc nie musieli zbytnio się wysilać, gdyż i tak w ciemnościach niewiele widać. A to, co widać, to głównie kolorowe, wręcz cukierkowate auta oraz strzałki informujące nas, którędy mamy jechać. Niestety, pomimo tego wszystkiego, produkt charakteryzuje się dość wysokimi wymaganiami sprzętowymi. Do prawidłowej pracy potrzebuje procesora taktowanego zegarem około 3GHz, 1GB pamięci RAM i kartę graficzną na poziomie GeForce 6600. Pytanie tylko, co takiego jest w grze, że nie potrafi wygenerować obrazu w dobrej rozdzielczości na słabszym sprzęcie? Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia. Może dlatego, że do prac nad grą zatrudniono prawdziwych aktorów i właśnie uruchamianie filmów z ich udziałem wymaga kombajnu? A właśnie, co do aktorów. Ich grę oceniam naprawdę pozytywnie – bardzo przyjemnie jest, gdy na ekranie ogląda się prawdziwych ludzi, aniżeli zlepek tekstur wygenerowanych przez program. Skoro już o wersji video była mowa, czas powiedzieć co nieco o muzyce. Naturalnie twórcy zadbali, by w trakcie wyścigów przygrywały nam licencjonowane kawałki, reprezentujące gatunek techno. Poszczególne utwory dodają klimatu grze – są naprawdę dobrze dopasowane, aczkolwiek nieco ogłupiające. Bo ile można słuchać „up, up, up, trrrr, upupup, aaaa!”? :-)
Need for Speed Carbon to udana produkcja. Z pewnością nie jest to rewolucyjny produkt, aczkolwiek fanom serii, a także entuzjastom arcade’owych ścigałek może zapewnić kilkanaście godzin rozgrywki. Niestety wątpię, czy ktokolwiek z wyżej wymienionych osobników wydałby 139 złotych na grę o tak monotonnym charakterze. Tak, tak, recenzowany tytuł może i wciąga, ale jedynie na tyle, by ukończyć go maksymalnie w połowie, bo dalej już się tak nudzi, że nie chce się do niego wracać. Zresztą przecież, ile można ciągle włączać wyścig tylko po to, by rywalizować z oponentami przez kilka sekund, a następnie spokojnie jechać do mety? No z pewnością niezbyt długo. Jedynie całość poniekąd ratują drift, checkpoint i wyścigi w kanionach. Aha, i jeszcze te udziwnione tunningowanie. Naprawdę, mocno się zastanówcie zanim nabędziecie tę grę. Już lepiej chyba kupić któregoś Undergrounda za kilkadziesiąt złociszy, niż wydawać na Carbona prawie półtorej stówki.
Adam "Harpen" Woźny 7 grudnia 2006 r.
|