Wspomniałem o ośle, wspomniałem o kompanach gdyż, a jakże, oni również pojawili się w tej opowieści. Taki osioł to przydatna rzecz - ciężary pomoże nosić, a jak zajdzie potrzeba, to i napastnika zdzieli kopniakiem. Natomiast kompani przyłączali się do naszego farmera (którego może zacznę już nazywać wojownikiem, gdyż takowym, wraz z upływem czasu się stał) najrozmaitsi: elfy, krasnoludy, dzielni woje, magowie. Usługi jednych trzeba było słono opłacić, inni natomiast przyłączali się z własnej woli. Jak przydatna była to sprawa, chyba nie muszę mówić. Wielokrotnie okazywali się nieocenioną pomocą w walce z większą ilością przeciwników, lub z jednym, a za to silniejszym.
Od farmera do bohatera, hje, hje, można by rzec. Nasz bohater podczas swej podróży bardzo się rozwinął. Im więcej korzystał z danej umiejętności, tym lepiej sobie z nią radził. Dotyczyło to zarówno walki z bronią białą i łukami, jak korzystania z magicznych mocy. Bo i cóż by to była za opowieść bez magii, co? A tej, wbrew pozorom, było całkiem sporo. Do wyboru, do koloru – nasz wojak mógł korzystać wedle woli z czarów ofensywnych, zadających ból i cierpienie, lub też rzucać inkantacje wspomagające, jak np. czary leczenia czy zwiększające tężyznę fizyczną. Mógł się rozwijać we wszystkich kierunkach jednocześnie, co ostatecznie zaowocowało tym, że był we wszystkim dobry, lecz w niczym doskonały. A pomyśl, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, jak TY byś się rozwijał lub rozwijała mając taki wybór?

Walk po drodze było bardzo wiele. W zasadzie, czego by nie robić, wojownik natykał się na potwory lub rzezimieszków. Na szczęście starcia przeważnie nie były zbyt wymagające. Momentami nawet nasz bohater miał wrażenie, że nie musi nic robić, a jego ręce i nogi same powiodą go do zwycięstwa, co skutkowało pojawiającym się z rzadka znużeniem. Czasami podczas starć dochodziło do sytuacji, kiedy grupa wojowników gubiła się i przez kilka sekund wraz z potworami trwała w nieefektywnym, groteskowym tańcu, hje, hje.
Najciekawsze jednak, że podczas jednak całej wyprawy, bohaterem kierowała jakaś, zdało by się, magiczna siła, która nie pozwalała mu przestać i porzucić wyprawy, czy nawet iść spać. Coś kazało mu iść jeszcze tylko kilka kroków, ubić jeszcze tylko kilka potworów, popatrzeć jeszcze tylko jeden momencik. Aż tu nagle zastawał go świt.
Jak skończyła się cała opowieść? No cóż, nie pamiętam dokładnie, może jeszcze jedno piwo odświeżyłoby mi pamięć... hmm? Nikt nie ma już ani grosza przy duszy? Hje, hje, no to niestety, ale będziecie musieli poczekać do jutra. A tymczasem muszę już państwa pożegnać. Do zobaczenia, przygodni słuchacze.