|
Był sobie piękny, ciepły dzień. Przyszedłem z dworu, włączam neta, patrzę na listę wolnych tytułów do przetestowania i jak zawsze wybieram te najciekawsze. Już chcę iść znów grać w kosza, gdy redaktor prowadzący mówi, tutaj cytat: „Dostaniesz w paczce też jedno mega gó**o do recki, byś się nie nudził :D”. Myślę sobie, a co mi tam. Nic gorszego od Garfielda mi się trafić nie może…
Poczekałem trzy dni i znów musiałbym pisać o motywie z listonoszem, lub, jak wolę mawiać, paczkarzem. Jednak nie zrobię tego, po prostu zmuszę Was do szukania moich tekstów ukrytych w czeluściach tego serwisu i przypomnienia jak lubię upierdliwe dzwonienie przed punktem dwunasta południe. Albo od razu powiem żebyście to olali. Ta recenzja będzie tak samo nudna, jak tytułowa gra- Rapid Gunner.
Po otwarciu przesyłki widać, że Poczta Polska dba o jakość swoich usług. Pudełku podróż umilana jest kopaniem, rzucaniem oraz przygniataniem paczek przez swoich odpowiedników z tym, że dziesięć razy cięższych. Poetycko powiedziawszy, widać piętno podróży jak na kocie, który wyszedł z pralki. Po takich przejściach opis zawartości może odbiegać od oryginalnego stanu rzeczy. Jednak śmiało przedstawię co zawiera owe małe, wypaczone i porysowane pudełeczko. W środku znajduje się jeden sidik, mała karteczka która jest Play’owską imitacją instrukcji oraz, co niewiarygodne, jeszcze mniejsza książeczka zatytułowana katalog 03/2005. Tą większą karteczką można się na siłę podetrzeć jak się gra nie spodoba, ale co z tym małym „czymś’ zrobić to nie wiem. Czytać się tego nie da, przynajmniej moje opalone promieniami monitorowymi oczy tegoż nie potrafią. A lupy nie mam…
Niestety, a może i stety CD przetrwało… Z tego miejsca chciałbym pogratulować gościowi, który wymyślił plastikowe pudełka, powszechnie zwane DVD. Zostały one tak skonstruowane, aby absorbować na siebie całą złowieszczą moc ludzi z poczty. Ładny, stylowy CD włożyłem w tę tackę na kawę, nacisnąłem taki mały świecący guziczek i z rozkoszą patrzyłem jak mój kawowy uchwyt chowa się w tym wielkim pudle.
Instalacja mnie zaskoczyła, wszystko jest wyjaśnione bardzo dokładnie. Trochę przykro mi było, że wciskałem tylko „dalej” i „dalej”. Mogliby wymyślić coś oryginalnego, typu wprzód, do przodu, kontynuuj, nadal etc. Jednak nie będę się czepiał. Jakież było moje zdziwienie po włączeniu gry. Od razu widać, że twórcy to oldschoolowi maniacy zakochani w starych czasach. Menu jest bardzo proste, ale zarazem stylowe. Utrzymane w niebiesko-żółtych barwach. Wygląda, jakby było robione na odwal się, ale ja wiem, że nie takie było zamierzenie twórców! Chcieli po prostu sprawić radość takim maniakom starych gier, jak ja! A te dźwięki, rozkosz dla mych narządów słuchowych. Wręcz żywcem przeniesione z Amigi, jakże sentymentalne dla mnie plum i plums przy naciskaniu przycisków… Wielki plums… tzn. plus dla twórców!
Już po opakowaniu widać, że twórcy nie chcą oszukiwać swoich klientów. Jedynie trochę przekolorowali z bronią, gdyż wypisali na okładce „m. in. MK 23, Glock 17, CZ 75, SIG226 etc.” Szkoda, że to etc. znaczy tylko FiveSeven oraz M 1911… Jednak trzeba jakoś przyciągnąć maniaków broni. Cieszy mnie ogromnie, że przyznali się co do ilości misji. Napisali „8 misji w różnicowym otoczeniu”. Plansz jest dokładnie jedna więcej niż siedem i to się chwali. W każdej lokacji naszym zadaniem jest trafić w jak najkrótszym czasie we wszystkie cele rozmieszczone według widzimisie twórców na mapie. Tymi celami są wpierw tarcze, następnie tekturowe postacie. Niby proste, a jakże frustrujące. Zwłaszcza, że niektóre postacie pojawiają się po trafieniu drugiej, często w zadziwiającej kolejności. Jak to możliwe, że stojąc w „Magazynie” obok jednej nie odkrytej postaci, musimy zestrzelić prawie wszystkich, aby ta się odkryła?! Jednak już za drugim razem wszystko jest łatwe, gdyż twórcy nie chcieli abyśmy się męczyli. Po prostu każda postać zawsze jest na swoim miejscu. Zero losowości. Nawet cywile... A właśnie, cywile. To jest dopiero ciekawe. Ci zawsze stoją odwróceni tyłem i dopiero gdy do nich podejdziemy się odsłaniają… Frajerzy zawsze dostają kulkę między oczy, chyba jestem za nerwowy do takich gier. Powróćmy jednak do losowości. Otóż te ludki zawsze są na swoich miejscach! Ja na miejscu zakładnika bym się chował, nie wychylał. A ci co? No nic...
Warto jeszcze powiedzieć, że tekturki ruszają się czasem, ale nie za często, na specjalnych szynach. Jednak w tak mozolnym tempie, że każdy trafi (Kto nie trafia, niech nie bierze tego sobie do serca… ;) )
|