Zapewne wszyscy znacie całą masę nieudanych produktów, które seriami serwuje nam Play. Sam niedawno miałem okazję przekonać się, jak słabe są tytuły wydawane przez tego dystrybutora. Niska cena nie zachęca już raczej do zakupu - lepiej nie kupić 5 gier za 20 złotych i uzbierać sobie na hiciora za setkę. Tymczasem w moje ręce trafiła kolejna produkcja Play’a - Nitro Family. Aż ciarki mnie przeszły, gdy tylko usłyszałem, że tytuł ten został wydany nie przez kogo innego, jak właśnie przez tę firmę.
Reklama dźwignią handlu
Muszę przyznać, że zanim w ogóle otworzyłem pudełko z grą, przeczytałem kilka innych tekstów na temat Nitro Family. Dobiły mnie one zupełnie, gdyż można w nich było przeczytać niemal same bluzgi. Byłem więc ciekaw, czy tytuł ten jest rzeczywiście aż tak zły. Intro przedstawiające historię rodziny Chopskich nie napełniło mnie optymizmem. Było kiepskiej jakości, w dodatku prezentowało archaiczny (jak na dzisiejsze czasy) engine.
Fabuła rozpoczyna się w momencie, kiedy głowa rodziny, czyli pan Chopski, filmuje zdjęcia swojej rodziny. Jest to krótkie przedstawienie bohaterów gry. Pewnego razu nieznośny syn, oczko w głowie tatusia i mamusi, zostaje uprowadzony i odjeżdża vanem wraz z porywaczami. Rodzice mają zamiar odzyskać synalka i decydują się na pogoń za furgonetką. W tym momencie rozpoczyna się zadanie gracza. Dodam jeszcze, że na pudełku umieszczono informację, jakoby Nitro Family była strzelanką roku! Oczywiście, reklama dźwignią handlu, a humorem można daleko zajść, ale czasem trzeba mieć trochę samokrytyki, a tej panowie z Play’a nie posiadają chyba w ogóle.
Mózg na półce
Pierwszym skojarzeniem, jakie nasunęło mi się po kilku minutach gry, dotyczyło dużego podobieństwa Nitro Family do legendarnego Serious Sama. Założenia rozgrywki są bardzo proste - idziemy przed siebie, napotykając co i rusz to masę różnej maści potworów, które biegną w naszym kierunku w jednym celu - odebrania nam jak największej ilości punktów życia. Nasze zadanie ogranicza się więc do wyrżnięcia stworów. Po krwawej jatce zostawiamy drogę zasłaną trupami i idziemy dalej w poszukiwaniu syna.
Oczywiście Serious Sam był grą zdecydowanie lepszą od Nitro Family, o czym świadczy chociażby fakt, że w produkcji wydanej przez Play’a nie postrzelamy sobie niestety z armaty... Zresztą o dostępnym arsenale trochę później. Należy również powiedzieć, że historia o Poważnym Samie była przepełniona niesamowitym humorem - wypowiedzi głównego bohatera nie raz doprowadzały do baaardzo głośnego śmiechu. Tymczasem w Nitro Family uświadczymy tylko marną imitację tego, co oferowało nam dzieło Croteam’u. Gra traktująca o dziejach rodziny Chopskich posiada jednak elementy, w których przewyższa Serious Sama!
Innowacyjność i różnorodność
Należy zwrócić uwagę na pewne nowe rozwiązania, których użyli
twórcy Nitro Family. Przede wszystkim bohater, którym sterujemy, trzyma w ręku
nie jedną, a dwie bronie. W dodatku można je dowolnie zmieniać i osobno
przeładowywać. Na początku mamy do wyboru jedynie trzy narzędzia zbrodni -
shotgun, karabin maszynowy i wyrzutnię rakiet. Z czasem jednak możemy kupić nowe
„zabawki”, lub ulepszyć stare u pani, która pojawia się co chwilę i oferuje
swoje usługi... w zakresie arsenału, rzecz jasna. Transakcji możemy dokonać w
zamian za uzbierane pieniądze - wpadają one na nasze konto wraz z zabiciem
przeciwników. Trzeba powiedzieć, że każda broń ma charakterystyczne dla siebie
działanie i używamy jej w zależności od sytuacji. Na krótkie dystanse najlepszy
jest shotgun, karabin maszynowy sprawdza się w walce na średniej odległości i
przy napaści większej liczby przeciwników, natomiast wyrzutni rakiet używamy,
gdy zaatakuje na nas prawdziwa horda wrogów.
Kiedy zamieszanie jest naprawdę duże, a przeciwnicy odbierają nam sporo życia, włącza się specjalny tryb spowolnienia czasu. W bullet time’ie możemy lepiej wycelować w przeciwników, a zarazem z łatwością uniknąć strzałów, kierowanych pod naszym adresem. Stan spowolnienia czasowego nie trwa jednak długo i należy go jak najlepiej wykorzystać. Kolejnym udogodnieniem w walce z nacierającymi falami wrogów jest nasza tajna broń - żona. Przez niemal całą grę nosimy ją na plecach, jednak nie myślcie sobie, że jest ona zbędnym ciężarem. Kiedy któryś z wrogów podejdzie do bohatera na bliską odległość, pani Chopski zadziała batem, który trzyma w ręku, skracając delikwenta o głowę. To jednak nie koniec! Kiedy znajdziemy odpowiedni nabój na planszy, będziemy mogli wystrzelić swoją żonę w przestworza, aby z lotu ptaka ostrzelała swą potężną bronią hordy nieprzyjaciół. W tym przypadku musimy jednak zachować szczególną ostrożność, gdyż przez przypadek możemy znaleźć się pod ostrzałem własnej małżonki, co kosztuje dużo punktów zdrowia.
Gdzie i przeciw komu?
Gra została podzielona na kilka rozdziałów, a każdy zawiera parę misji. Razem jest ich piętnaście, więc rozgrywki starcza na parę wieczorów, zwłaszcza, jeśli porwiemy się na najwyższy poziom trudności, w którym aby przeżyć, należy się wykazać niezwykłym kunsztem. Fabuła przeniesie nas na opustoszałe ulice miasta, do fabryki, dżungli, terenów azjatyckich czy śnieżnej Rosji. Lokacje zostały skonstruowane tak, aby gracz nie myślał o niczym, poza eksterminacją wrogów. Do przodu wiedzie jedna wąska ścieżka. Napotykamy jednak na nieliczne wyjątki. Do tych należy zaliczyć czwartą misję z pierwszego rozdziału, w której na dobrą sprawę więcej biegamy, niż strzelamy. Są również takie zadania, w których nasza wybuchowa małżonka siada za sterami łodzi lub helikoptera, a my ostrzeliwujemy wrogów z działa stacjonarnego.
Warto zwrócić uwagę na wrogów, którzy, jak mogłoby się wydawać, w tak nisko-budżetowej produkcji powinni różnić się wyłącznie wyglądem. Nic bardziej mylnego! Każdy dysponuje inną bronią, w inny sposób nas atakuje. Dlatego należy być czujnym przez cały czas, bo nie wiadomo, czy agresorem będzie pan z wyrzutnią rakiet, który po wystrzeleniu pocisku robi zręczny zwód, czy też kosynier, atakujący nagle i szybko. Od czasu do czasu trafi się też boss, który dysponuje znacznie większą odpornością na ostrzał, niż pozostali wrogowie. Niektórzy z nich to (dla takiego pakera jak Chopski) małe piwo, inni zaś potrafią napsuć wiele krwi. Niestety, w walce z jednym z nich natknąłem się na przykry błąd, dzięki któremu pokonałem owego bossa nadzwyczaj łatwo. Gość wyglądał jak goryl na sterydach i ogólnie jednym atakiem potrafił zabrać całkiem sporo życia. Tymczasem, było na planszy takie miejsce, w którym się blokował i mogłem go swobodnie ostrzelać.
Wrogów nie cechuje żadna sztuczna inteligencja. Nie współpracują ze sobą, nie chowają się za przeszkodami, nie osłaniają. Każdy z nich „myśli” tylko o jednym - zabiciu Chopskiego. Dlatego też każdy z nich szturmuje naszego bohatera, ostrzeliwując go przy okazji. Trzeba jednak przyznać, że w późniejszych misjach zaczyna się naprawdę trudna przeprawa.
Zarówno życie, jak i pancerz, można jednak uzupełnić, gdyż co
jakiś czas na planszy można znaleźć jedzenie, które dodaje Chopskiemu punkty
zdrowia oraz nieokreślone przedmioty, przywracające nam poziom pancerza.
Zdobycie tych udogodnień zostało dodatkowo utrudnione, gdyż najpierw trzeba
ostrzelać kontenery, w których się znajdują. Jest to uciążliwe, zwłaszcza
podczas dużych rozrób, kiedy dramatycznie potrzebujemy uzupełnienia stanu
zdrowia.
W pewnych momentach rozgrywka staje się niestety nudnawa, gdyż twórcy Nitro Family sztucznie przedłużają czas trwania zabawy. Przemierzając dosyć spore obszary nie napotykamy na żadnego wroga, co w grze typu idź, zabij, idź, zabij jest wręcz... oszałamiające.
Najsłabsze ogniwo
O ile system gry, wrogowie, arsenał i pozostałe elementy opisane przeze mnie nie są najgorsze, o tyle strona wizualna woła o pomstę do nieba. Już nawet przywoływany wcześniej przeze mnie Serious Sam miał lepszą grafikę. Engine wzbudziłby ogólne podniecenie w 1996r., tymczasem my mamy już rok 2004 i w tej epoce, choćby gra była arcydziełem w brzydkiej oprawie, nie odniesie ona sukcesu. Duży odsetek graczy stanowią ludzie nie przekraczający 15 roku życia, a wiadomo, że dla nich główną wytyczną jest to, co można zobaczyć od razu, czyli właśnie grafika. Każdy młodzian uzna więc Nitro Family za kaszankę i przez to gra z góry skazana jest na porażkę.
Dosłownie wszystko, począwszy od plansz, a skończywszy na postaciach i broniach, ubrane jest w bardzo małą ilość szczegółów. W dodatku trupy znikają niedługo po zgonie. Podobnie dzieje się ze śladami na ścianach czy innych elementach planszy. Mimo to w Nitro Family nie zagramy na sprzęcie słabszym od Pentium 700 i 256 MB RAM. Muszę przyznać, że przed zainstalowaniem najnowszych sterowników do karty graficznej, na moim Athlonie 2.0 gra nie chodziła zbyt płynnie, a ilość klatek na sekundę, wyświetlanych podczas starć z większą liczbą wrogów, oscylowała wokół jednej!!! Na szczęście aktualizacja okazała się lekiem na całe zło i mogłem w spokoju kontynuować nieco monotonną w późniejszych etapach rozgrywkę.
Żywe rytmy
Bardzo ciekawa jest muzyka, która pobrzmiewa podczas naszej wyprawy po syna. Mimo tego, że przez całą misję, a czasem nawet dwie, słyszymy jedną piosenkę (w dodatku niezbyt długą), to nie nudzi nam się ona (przynajmniej tak jest w moim wypadku). Kompozycje pasują do rozgrywki i łatwo wpadają w ucho. Szczególnie przypadł mi do gustu motyw z misji Temple, który bardzo dobrze oddaje nastrój wykonywanego zadania.
Jeżeli chodzi o wrażenia akustyczne, to również nie jest najgorzej. Wystrzał z każdej broni jest inny, także odgłosy chodzenia uwarunkowane są podłożem. Inny dźwięk płynie z głośników, jeśli bohater idzie po betonie, a inne, gdy stąpa po śniegu czy trawie. Głosy aktorów są poprawne, a jedyne co mnie denerwuje, to lamentowanie żony po śmierci męża. Nie dość, że moment w którym nas zabiją nie należy do radosnych, to jeszcze wredna baba wydaje jakieś nieartykułowane dźwięki, podnosząc dodatkowo stan adrenaliny. Poza tym jednak wszystko jest jak najbardziej w porządku.
Ciężka ocena
Naprawdę trudno jest mi wydać ostateczny werdykt, jeśli chodzi o Nitro Family. Z jednej strony wymagania współczesnych graczy są tak wysokie, że nie ma wręcz prawa ukazać się gra idealna. Tym bardziej średnie tytuły zostają oceniane bardzo nisko. Z drugiej jednak, rozgrywka swego czasu naprawdę mnie wciągnęła i z przyjemnością zasiadałem przed monitorem, aby wyrżnąć kolejne hordy potworów. W końcu czasem warto usiąść sobie do komputera, odstawiając wcześniej mózg na półkę i pozabijać biegnące w nieładzie stada, oczekując na nadchodzące hity. Zwłaszcza, że ta rozrywka niewiele kosztuje (w porównaniu z innymi tytułami, niekoniecznie bardzo różniącymi się jakością od Nitro Family). Dlatego też polecam tę grę wszystkim tym, którzy pragną się odstresować i zapomnieć o problemach życia codziennego.