|
Osiem lat. Tyle minęło od premiery pierwszej odsłony cyklu Delta Force. Jak nauczyło nas życie – w świecie gier komputerowych to bardzo dużo. Niewiele gier przetrwa taką próbę czasu. Dlatego twórcy wydają dodatki, kontynuacje, reedycje, et cetera, et cetera, a teraz wszyscy robimy: hura. Czasami jednak decydują się na odnowienie swojego tytułu, np. poprzez przeniesienie go w nowe środowisko graficzne. Właśnie z takim zabiegiem spotkamy się odpalając Delta Force Xtreme.
Pierwszy DF był realistycznym, taktycznym FPS-em, w którym wcielaliśmy się w członka tego elitarnego, wojskowego oddziału. Gra oferowała ok. 40 zróżnicowanych misji, realistyczny arsenał, otwarte tereny działań, rozbudowany tryb multiplayer, a wszystko to w bardzo ładnie opracowanym środowisku 3D i z niezłym dźwiękiem. Program został bardzo ciepło przyjęty przez graczy i recenzentów – ale z czasem rzeczywistość zepchnęła go do podziemia realistycznych shooterów – pojawiały się bowiem nowsze, lepsze, bardziej rozbudowane tytuły. Teraz przyszedł czas na wielki powrót. Możemy go nabyć w polskiej wersji językowej za niecałe 50 zł. Czy warto?
Tryb pojedynczego gracza oferuje ponad 20 teoretycznie zróżnicowanych misji. Teoretycznie – bo pomimo tego, że zlecane nam zadania mają zasadniczo inne cele, to w praktyce wszystko ogranicza się do schematu „dobiegnij do celu i zabij wszystkich”. Czasami trzeba będzie jeszcze coś wysadzić, albo kogoś odszukać, ale nie ma to zbytniego wpływu na przebieg rozgrywki. Sprawdzić się nam przyjdzie w trzech kampaniach, rozlokowanych w Peru, Czadzie i Nowej Ziemi. Nasz wojak przywdzieje ancug adekwatny do otoczenia – będziemy więc biegać to raz w zimowym, raz w pustynnym, a raz w klasycznym – zielonym – kamuflażu.
Na starcie każdej misji otrzymujemy dość pobieżną odprawę, wybieramy sobie broń (tu znów mamy istniejące w realnym świecie zabawki) i zaczynamy zabawę. Czasami przyjdzie nam zacząć wysoko w chmurach ze spadochronem na plecach, czasami znajdziemy naszego żołnierza przyczajonego w jakiś chaszczach, czasami zaczniemy obok przygotowanego dla nas środka transportu. Nasz bohater nie ogranicza się bowiem do pieszych wędrówek. Otrzymamy możliwość pokierowania motocykla, pojazdu typu buggy etc. I to zarówno jako kierowca, jak i pasażer. Wojacy oddziałów Delta Force najwyraźniej mają jakąś tajemniczą umowę z fizyką – bo zdecydowanie nie bierze ona udziału w jeździe pojazdami. Co nie zmienia faktu, że skoki na motocyklach są bardzo przyjemne, a samo poruszania się – o wiele wygodniejsze, niż bieg z całym osprzętem przez pustkowia.
Kiedy już dotrzemy do przeciwnika (ułatwia nam to system GPS widoczny w prawym górnym rogu ekranu. Wskazuje zarówno nasz punkt docelowy, jak i apteczki, czy miejsca, z których jesteśmy w danym momencie atakowani.) przyjdzie nam walczyć. I to szybko. Tu właśnie wychodzi największa bolączka DFX. Kiedyś być może mogłaby uchodzić za realistyczny symulator pola walki, teraz jednak jest co najwyżej strzelanką z dość dokładnym systemem trafień. Nie spełnia ona bowiem standardów wyznaczonych przez takie serie, jak chociażby Rainbow Six. Nie ma tu dowodzenia towarzyszami. Nie ma tu potrzeby leżenia w krzakach i ostrzeliwania wroga z ukrycia. Nie. Tu wszystko sprowadza się do ustawienia się w odpowiedniej odległości od przeciwnika, przymierzenia i oddania strzału. Jednego, bowiem tyle zwykle wystarczy, by oponenta ukatrupić. Oczywiście działa to też w drugą stronę – z reguły jedno trafienie i idziemy do piachu – ale AI naszych przeciwników (i towarzyszy też) jest bardzo, bardzo słabe. Rzadko korzystają z osłon, czy możliwości strzelania z kucek. Z reguły po prostu biegną na nas strzelając niczym, nie przymierzając, w Serious Sam. Ponadto nie grzeszą celnością. Stawiają raczej na ilość.
|