Jeżeli zawsze marzyliście o tym, aby pograć w grę wyścigową, od której nawet obgryzanie paznokci jest o wiele ciekawszym zajęciem, to teraz macie okazję spełnić te pragnienia. Play wydał właśnie tak ekstremalnie denną wyścigówkę, że mamy ochotę położyć się spać już po przejechaniu dwóch zakrętów. A oto i… Wadi Basher!!!
Kiedy rano wstałem…
…nic nie wskazywało na to, że budzący się dopiero dzień będzie dla mnie tak nudny. Miałem bowiem w planach przetestowanie gry wyścigowej Offroad 4x4 Wadi Basher. Już od dawna wiadomo, że to reklama jest dźwignią handlu. Nic więc dziwnego, że znana z prostych gier dla mało wymagających użytkowników firma Play, mocno operuje tą dźwignią. Mianowicie - na pudełku obwieszcza nam, że wspomniany przeze mnie tytuł, to „najbardziej szalona gra off-road, jaka kiedykolwiek powstała”. Tak się akurat złożyło, że w żadną produkcję typu 4x4 nie miałem nigdy przyjemności zagrać, jednak już po kilku sekundach „zabawy” wiedziałem, że słowa te są grubym przegięciem. Rozpędziłem swojego jeepa do maksimum i o dziwo nie poczułem wielkiej różnicy w stosunku do chwili, w której dopiero przygotowywałem się do startu. Nie muszę chyba mówić, że wtedy stałem w miejscu... Wadi Basher nie wyzwolił we mnie ani krzty emocji. Na dodatek autorzy nakładli do niej całą stertę zbędnych elementów, które tylko uprzykrzają i tak mało przyjemną rozgrywkę.
Fakty
Na początku nie było tak strasznie.
Obejrzałem w spokoju intro, na którym było ukazane jakieś zielone żyjątko z
gatunku płazów (nigdy nie byłem dobry z biologii, więc nie wiem co to było :P),
siedzące sobie na kamieniu. W kierunku zwierzątka nadjeżdżał samochód, z
niezwykle dużą prędkością. Kiedy już zbliżył się do stworzonka, to wypuściło swe
gałki oczne przed siebie. No cóż, po takim filmiku można się spodziewać
dynamicznej gry, pełnej emocji. Ale spokojnie, najpierw trzeba się jeszcze
przebić przez kilka ekranów. Wybieramy więc auto, którym będziemy przemierzać
pustynne wertepy. Mamy do dyspozycji pięć modeli. Jeszcze jakaś twarz dla
naszego kierowcy i możemy już ruszać. Na początku dostępna jest tylko jedna
trasa, ale za to w trybie dnia i nocy. W dodatku możemy wybrać ilu mamy
przeciwników i czy będą to boty, czy też koledzy, posługujący się przyciskami z
innego sektora klawiatury. (Mały przeskok) Jak się okazuje po wyścigu, nie
musimy zająć pierwszego miejsca, aby odblokować następną trasę. Wystarczy, że
dotrzemy do mety, a to też jest nie lada sztuką. O tym jednak nieco później. W
dodatku, jeśli dojedziemy przed jakimkolwiek zawodnikiem komputerowym, ten
zostaje zdyskwalifikowany i nie pojawi już się na mecie. Co najmniej dziwne
posunięcie autorów… Jeszcze dziwniejsze, że po wyścigu zostajemy wyeksportowani
do ekranu głównego i od nowa musimy przebijać się przez gąszcz ekraników. A
przecież jeśli będziemy chcieli zmienić wóz lub facjatę kierowcy, to cofniemy
się sami. Niepotrzebne utrudnienie.
Wyścig
Jak mieliście już okazję przeczytać we
wstępie, „najbardziej szalona gra off-road, jaka kiedykolwiek powstała” nie jest
nam w stanie zaoferować krztyny emocji i podniesionego poziomu adrenaliny. Ma to
swoją przyczynę w poczuciu prędkości, a raczej jej braku. Nasz wóz rozpędza się
do ponad 120 mil na godzinę, a my czujemy się, jakbyśmy przyjechali zwiedzać
pustynię. W takim poczuciu utwierdza nas jeszcze odgłos pracy silnika, który
jest chaotyczny i beznamiętny. Można zasnąć za kierownicą. Aczkolwiek nie do
końca, bowiem na trasie co jakiś czas rozstawione są wielbłądy, które należy
omijać, aby nie dostać sekund karnych, a także pędzące na nas kozły z
podczepionym dynamitem. Zwłaszcza te drugie stworzenia potrafią napsuć nam dużo
krwi. Często nawet gdy bardzo chcemy wyminąć rogacza, on przebiega obok, a
dynamit i tak wybucha zatrzymując nas na chwilę. Ponoć gra oferuje także
dowolność w doborze trasy. Ta informacja bardzo rozbudziła moją wyobraźnię -
myślałem, że przyjdzie mi ścigać się na płaskim, rozległym terenie, który
prowadzi od startu do mety i możemy sobie jechać, jak tylko dusza zapragnie.
Tymczasem od początku było standardowo. Jakiś wąwóz, żadnej większej
przestrzeni. Po chwili jednak dojeżdżamy do rozwidlenia dróg. Wybieramy którąś z
nich. Hm, jeśli to ma być ta dowolność, to ja dziękuję. Okazuje się jednak, że w
niektórych miejscach możemy podjechać pod górę i zjechać z jej drugiej strony.
Tylko że takie działanie może nas doprowadzić do… zgubienia właściwego kierunku
jazdy!!! Tak, tak właśnie jest. Niewiele pomaga strzałka wskazująca stronę, w
którą mamy się poruszać, gdyż nawet jadąc normalną trasą, za komputerowym
przeciwnikiem, kierunkowskaz pokazuje nam, żebyśmy skręcili lub zawrócili.
Wniosek jest taki, że w Wadi Basher można jednak znaleźć trochę atrakcji (co
prawda nieprzyjemnych, ale zawsze). Trzeba tylko chcieć. Oprócz tego czekają na
nas jeszcze takie zasadzki jak woda, do której wpadamy, czy rów, z którego nie
możemy się wydostać. Tyle, że jak trafimy pod taflę czyściutkiego pustynnego
jeziorka, to gra automatycznie po jakimś czasie teleportuje nas z powrotem na
trasę. Z rowem jest już gorzej. Nie możemy się z niego wydostać w żaden sposób,
a mimo to program nie reaguje. Wyścig trzeba zaczynać od początku. Ciekawy jest
też przypadek na ostatniej, zimowej planszy. Zbliżamy się właśnie do tafli lodu.
Następuje chwilka niepewności - czy to na pewno lód, czy też może jednak nie
zamarznięte jezioro? Do tego pierwszego przypadku przekonuje nas rybak łowiący w
przerębli. Wybieramy więc drogę na skróty i… lądujemy pod wodą. Jak widać, są w
tej grze rzeczy, które się filozofom nie śniły…
Trasy
Rozwińmy nieco temat tras. Jest ich dziesięć, można je pokonać na dwa sposoby - w nocy i w dzień. Zapewniam, że druga opcja jest o wiele lepsza, gdyż po ciemku wielbłądy, kozły i inne obiekty na trasie świecą, przez co możemy poczuć się jak w skażonej strefie. Jeśli jednak ktoś lubi radioaktywne klimaty, nie ma problemu. Po przejechaniu wyścigu odkrywamy następne trasy. Jedyne co można o nich powiedzieć to to, że są mało ciekawe. Właściwie tylko dwie przypadły mi do gustu. Pierwszą z nich był stadion, po płycie którego musieliśmy przejechać (bynajmniej nie była to trasa w kółko, jak na żużlu, chociaż takie rozwiązanie też byłoby ciekawe), a druga to The Gulf Storm, na której w czasie burzy musimy podjechać pod stromą górę, aby następnie z niej zjechać. Tu przynajmniej rozpędzamy się i możemy poczuć wiatr we włosach przy zjeździe z pagórka. Tylko że taka frywolna jazda może zakończyć się w jeziorze, a więc trzeba mocno uważać. Z przykrością muszę stwierdzić, że zarówno samochody, jak i kierowcy, nie różnią się od siebie niczym, poza wyglądem. Nie ma co marzyć o zróżnicowanej prędkości, przyczepności czy przyspieszeniu wozów. Wszystkie mają je takie same. Trudno też myśleć o jakimkolwiek tuningowaniu samochodów, skoro mamy do przejechania zaledwie dziesięć wyścigów. Dlatego też, jeśli ktoś będzie miał na tyle cierpliwości, grę można skończyć w jeden dzień.
Audio & video
Pomimo tego, iż gra ogólnie jest słaba, dobrze spisuje się jej strona wizualna. W miarę szczegółowe projekty wozów, którymi jeździmy, dosyć wierne odwzorowanie wielbłądów i kozłów (ofiarnych, bo z dynamitem) oraz poprawne wykonanie tła. Zastrzeżenia można mieć natomiast do znikających pikseli i ubogości szczegółów. Nawet pomimo tych braków i niedociągnięć, Wadi Basher ma niezwykle duże wymagania sprzętowe - procesor 1,4 GHz i 128 MB RAM-u, ale i tak przycina (fragmentami nawet dosyć ostro) na Athlonie 2.0 i 256 MB RAM. Tym większe jest moje zdziwienie, że przykładowo Thief 3 chodzi na tej konfiguracji bezproblemowo i to przy najwyższych ustawieniach. Nie podoba mi się natomiast rysunkowa grafika w menu. Zupełnie nie pasuje do tematyki gry. Od strony muzycznej produkt prezentuje się średnio. Już wcześniej pisałem o miernym dźwięku, jaki wydobywa z siebie nasz gruchot, a linia melodyczna jest niewiele lepsza. Niby żywa, ale jednak jakaś taka… nijaka.
Dobranoc
Wszystkie elementy tworzą niestrawną całość, której niestety nikomu nie mogę polecić. Jedynym plusem Wadi Basher’a jest stojąca na w miarę dobrym poziomie grafika. Reszta mogłaby być o niebo lepsza. W czasach wielkich produkcji, zatrudniających całe sztaby ludzi, taka gra nie ma szans przebicia się, odniesienia sukcesu. Trafić może jedynie do młodszej grupy odbiorców, która nie ma tak wyrobionego gustu, jak rasowy gracz. Z wielką przykrością muszę więc wystawić Wadi Basher’owi bardzo niską ocenę.