Od razu mówię, że miałem naprawdę niezły problem z zrecenzowaniem Knights of the temple 2: Czas Demonów, a to z jednego, ale bardzo ważnego powodu – moje wymagania wobec tego tytułu stały na zbyt wygórowanym poziomie... Takim oto miłym (dość wymownym) zdaniem chciałbym rozpocząć recenzję najnowszego dziecka słowackiej firmy Cauldron. Jak wskazuje numerek „dwa” przy tytule mamy do czynienia z sequelem gry, który tak naprawdę prócz tytułu ma niewiele wspólnego z pierwowzorem. Dlatego porównywanie obu produktów mijać się będzie z celem, tym bardziej, że za obydwa twory odpowiadają inne studia. Powodem zmiany deweloperów oczywiście była kompletna klapa części pierwszej, która nie została nawet wydana w Stanach Zjednoczonych. Toteż wydawca zdecydował się powierzyć produkcję dwójki innemu studiu – słowackiemu Cauldron, które na swoim koncie ma już bardzo średnią rąbankę - Conan: The Dark Axe. Nie bez kozery o tym wspominam gdyż opisywany przeze mnie KoTT 2 w wielu aspektach przypomina starsze dziecko Słowaków.
Trzy artefakty i dzielny rycerz...
Fabuła jest płytka i prosta jak budowa cepa. Powiem szczerze, że lepsze historyjki czytałem napisane przez pseudo pisarzy fantasy. A jej zarys prezentuje się następująco: wielki mistrz Paul de Raque nękany przez tajemnicze wizje obrazujące śmierć, zniszczenie i tragedie natrafia na prastarą przepowiednię zapowiadającą rychłą zagładę naszego świata. Jedynym ratunkiem miałyby być trzy wszechpotężne (a jakże) artefakty. A jedynym ratującym oczywiście nasz Paul, który z obowiązku rycerskiego przywdziewa zbroję i oręż i wyrusza po raz kolejny ocalić świat przed atakiem sił mroku. Jednym słowem osoba odpowiadająca za fabułę pokpiła sobie nie tylko z gracza, ale i z samego siebie. Zakon Templariuszy kryje do teraz tyle tajemnic, że bez wysiłku (nawet opierając się o historię) można by napisać lepszy i ciekawszy scenariusz. A tak niestety znowu dostaliśmy prymitywną, nudną opowiastkę o wszechmogących artefaktach – bleee.

Ej, powiedzieliście mi, że jak sobie założę takie bajeranckie wiadro na głowę to wszystkie cziki moje! I co?
KoTT 2 z założenia jest nieliniowym hack’n’slashem. Owa nieliniowość zawiera się w tym, że po świecie gry poruszamy się statkiem i tylko od nas zależy, w jakiej kolejności zdobędziemy kolejne artefakty. Od początku rozgrywki dostępne są trzy lokacje-porty: rzymski Sirmium, pirackie Ylgar oraz saraceńskie Yusry. Można rzec, iż owe trzy lokacje to właściwe światy gry, w których znajdziemy poszukiwane przedmioty. Jednym z nielicznych plusów KoTT 2 jest zróżnicowanie misji jak i przebieg wydarzeń. Raz za zadanie mamy odeprzeć atak Saracenów,. innym razem będziemy musieli wydostać się z lochów, do jakich trafimy z polecenia władz miasta. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie mały szkopuł - rozmach, a właściwie jego całkowity brak. Walki, w których priorytetowym celem jest odeprzeć atak wrogów wyglądają jednym słowem – komicznie. Weźmy dla przykładu jedno z pierwszych zadań, w jakim bronimy bram miasta przed ciągle respawnującymi się... 3 - 4 najeźdźcami... Żenada!