|
Karl Soltz urodził się w Berlinie, w roku 1921. Był cichym, spokojnym, zamkniętym w sobie chłopcem. W roku 1937 ukończył liceum ogólnokształcące i rozpoczął naukę na wydziale chemii berlińskiego Uniwersytetu Humboldta. W dwa lata później, jak wielu młodych Niemców, został wysłany na front. Brał udział w kampaniach we Francji, Polsce i ZSRR. Znany był ze swego uporu i niesubordynacji, co jednak nadrabiał niesamowitą wolą walki i skutecznością. Każda misja, w której brał udział, kończyła się powodzeniem. W roku 1944 zginął w zasadzce przygotowanej przez francuskich partyzantów.
Ktoś kiedyś napisał, że śmierć jest niczym przejście z jednego pokoju do następnego. Karl najwyraźniej zahaczył o przedsionek. I został tam na dłużej. W wyniku eksperymentów przeprowadzonych przez zainspirowanych tajemnymi naukami nazistów, Karl powraca na ziemski padół, jako tytułowy „NadŻołnierz”. Co więcej, nie jest w tym odosobniony – Niemcy planują stworzenie całej armii jemu podobnych i wcale nie czekają z tym do gwiazdki. Niestety, w przypadku Karla nie wszystko idzie zgodnie z zamierzeniami. Odzyskuje on nie tylko siły witalne, ale także świadomość i wspomnienia, co w połączeniu z otrzymaną w wyniku eksperymentu nadnaturalną siłą i lekkim poirytowaniem swoim stanem, prowadzi prostą linią do wcielenia zbuntowanego Niemca w szeregi Ruchu Oporu.
Warstwa fabularna prezentuje się bardzo, bardzo słabo. Odgrzewany, idiotyczny pomysł, wyświechtane schematy, czy przewidywalne zwroty akcji tworzą razem obraz nędzy i rozpaczy. Całość byłaby jeszcze w miarę ignorowalna, bo przecież fabuła najważniejszą częścią FPSa nie jest, ale misje oddzielają generowane na silniczku gry cut-scenki, których ominąć nie sposób. Gracz może narzekać, marudzić, kląć, na czym świat stoi, a do końca przerywnika i tak wytrwać musi. Na domiar złego twórcy postanowili najwyraźniej wybrać najbardziej drętwych aktorów (z akcentem wschodnim, a jakże!) i dać im do przeczytania najbardziej drętwe dialogi, jakie można wymyślić. W efekcie gracz może odnieść wrażenie przysłuchiwania się konwersacjom martwych bobrów.
A teraz zagadka. Co zostanie, jeżeli z UberSoldier’a wyciąć fabułę? Odpowiedź: ładny, dynamiczny, zróżnicowany, klimatyczny, a przede wszystkim – grywalny FPS! Ale po kolei.
Grafika może się podobać, i to bardzo. Dokładne tekstury, w miarę „pełne” pomieszczenia, Pixel Shadery w wersji 2.0, ładnie zrobione cienie… słowem – wszystko, czego w dobrej strzelance potrzeba. Do tego dochodzą szczegółowe i nieźle animowane postaci, bardzo realistyczny ogień, wszelkiej maści efekty graficzne (m.in. efekt falującego powietrza nad ogniem etc.). Po prostu solidna robota. Oczywiście zdarzają się błędy - a to czasami jakiś cień przebije się przez coś, przez co nie powinien być widoczny, a to zobaczymy efekty źle obliczonej kolizji obiektów, ale ogólne wrażenie jest jak najbardziej pozytywne.
|