Recenzja: Robin Hood: Leśne Przygody

Autor: Pepsi
Opublikowano: 5 października 2004 r.

Robin Hood: Leśne Przygody - recenzja

Gier o Robin Hoodzie mieliśmy okazję (bo przyjemność była raczej wątpliwa) już trochę zobaczyć. Tym razem szansę wcielenia się w super-bohatera z lasu Sherwood dostali najmłodsi. A wszystko za sprawą serii Playa - Max Kids, w której produkt został wydany.

Historyjka

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i za siedmioma morzami (cholera, Ci to mieli wszędzie daleko ;) ) istniało sobie królestwo. Jak sama nazwa wskazuje, najważniejszą osobą na tym odległym landzie był król. Posiadał on piękną córkę. Żyli sobie w majętnym kraju, razem z armią gotowych na każde poświęcenie rycerzy i wszystko było cacy. Aż pewnego tragicznego dnia na zamek przybył zły smok i uprowadził królewnę. Władca popadł w ciężką depresję. Płakał, lamentował, błąkał się po całym królestwie i wydawało się, że postradał zmysły. Tak się jednak nie stało. Wysłał swych najdzielniejszych rycerzy, aby odbili jego córkę z rąk straszliwego smoka, jednak oni już nigdy nie powrócili. Załamany król chwycił się ostatniej deski ratunku - wydelegował posłańca do lasu Sherwood, aby prosić o pomoc Robin Hooda. Chłopiec na posyłki przybił wezwanie do jednego z drzew i odszedł. Bystry bohater od razu zobaczył świstek, więc zabrał się do lektury. Zapewne silnym argumentem było zdjęcie pięknej królewny, w której najlepszy łucznik ówczesnego świata zakochał się od pierwszego wejrzenia. Bez wahania wkroczył do akcji niczym Rambo. I w tym miejscu gracz przejmuje stery, a przez to i odpowiedzialność za życie uroczej córy królewskiej.

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda

Robin Hood: Leśne przygody to gra przeznaczona dla najmłodszych. Dlatego nie może dziwić fakt, że jest to prosta platformówka w rysunkowej oprawie graficznej. Właściwie musimy tylko unikać gęsto rozsianych przeciwników. Chociaż niektórych z nich ciężko nazwać „przeciwnikami”. Stanowią oni dla naszego bohatera jedynie przeszkody, które można przebyć na dwa sposoby. Pierwszym jest naskoczenie na delikwenta. Taki zabieg powoduje, że żabki, grzybki, krety, rycerzyki czy chodzące drzewa, po prostu się rozpływają. Innym sposobem jest strzelenie do takiego jegomościa z łuku. Tylko że najpierw trzeba zdobyć strzały. Oprócz nich w powietrzu zawieszonych jest kilka innych bonusów, dzięki którym zdobywamy punkty. Są to różnej maści pokarmy. Aby ich nie wymieniać powiem, że jest to pożywienie raczej lubiane przez dzieci. Z czasem rywale są coraz trudniejsi - kury rzucające jajkami, armaty strzelające kulami… Długo by jeszcze można wymieniać. Najprościej mówiąc - trzeba być cały czas uważnym. I ruchliwym, gdyż jeśli za długo stoimy w jednym miejscu, to z nieba sfruwa sęp czy inny kondor i porywa nas w przestworza. Bardzo pomocny w grze jest łuk, czyli broń, bez której Robin Hood nie jest tak naprawdę sobą. Pozwala unicestwić wroga z dużej odległości. Maksymalnie możemy mieć sześć strzał, które należy umiejętnie wykorzystywać. Po co je tracić na prostych przeszkodach, skoro lepiej zachować je sobie na trudne momenty?

Do przebycia mamy zaledwie cztery lokacje, w trakcie których mamy do stracenia pięć żyć. Jeśli to nastąpi, to zaczynamy grę od początku, lub na starcie któregoś z etapów, jednak w tym celu trzeba wpisać odpowiedni kod, pokazujący się zawsze na początku kolejnej lokacji. Autorzy przygotowali wyważony poziom trudności, a jest to bardzo ważne, szczególnie, jeśli chodzi o gry dla najmłodszych. Niestety, po przebyciu czterech plansz dochodzimy do zamku, gdzie zły smok więzi piękną królewnę i… Ci, którzy spodziewali się walki finałowej z zielonym stworem, srogo się zawiodą. Zamiast morderczego pojedynku oglądamy filmik końcowy, w którym to ziomek z lasu Sherwood załatwia ognistą potworę sprytem, a nie siłą. Mianowicie przygotowuje pełno żarcia i ściąga smoka na obiadek. Ten, zajęty konsumpcją, nie zauważa, jak królewna wybywa z wieży w ramionach swego koch… konkubenta i razem odchodzą w siną dal. Jak mawiają, cel uświęca środki, jednak Robin ma w zwyczaju takie sprawy załatwiać nieco inaczej. No ale w końcu to pozycja dla młodszych, więc Playowi można to wybaczyć.

Strona techniczna

Świat jest kolorowy, każda lokacja utrzymana w innej tonacji barw. Wąsaty Robin pomyka w swym tradycyjnym zielonym stroju, a łuk sztywno trzyma się u jego pleców. Obserwujemy płaskie tło i mało szczegółów. Animacja bohaterów jest słaba. Na samego Robina składają się trzy, może cztery projekty postaci, a wrogowie mają zazwyczaj dwie klatki. Pan z lasu Sherwood swym wyglądem przypomina trochę Rumcajsa, krasnoludka i elfa razem wziętych, wstrząśniętych i nie zmieszanych. Wobec tego, szokującym wydaje się być fakt, że gra potrzebuje aż procesora Pentium 700. Na mój gust wydawcy trochę przesadzili z wymaganiami sprzętowymi. Chociaż nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie na Athlon 2.0 gra działała bez zarzutu. Czas powiedzieć co-nieco o stronie dźwiękowej. Rozgrywce towarzyszy trochę irytująca muzyczka, ale jeszcze bardziej denerwują odgłosy, które wydobywa z siebie bohater. Być może młodsze uszy działają na nieco innych częstotliwościach i dziewięciolatkom pobrząkiwania Robina bardziej niż mnie przypadną do gustu. Jakość filmów również stoi na niskim poziomie, ale dla młodych graczy w zupełności wystarczy.

Bez krwi

Robin Hood: Leśne przygody to gra skierowana do najmłodszych. Dlatego też nie uświadczymy w niej krwi lejącej się litrami po całym ekranie. Produkt daje za to możliwość wcielenia się w super-bohatera z lasu Sherwood i wzięcia udziału w szlachetnej misji uwolnienia królewny z łap straszliwego smoka. Zapewne ta prosta platformówka przypadnie do gustu wielu młodym graczom, zwłaszcza, że nie naciągną rodziców na duże straty pieniędzy - gra kosztuje jedyne 19.90. Największą jej wadą jest to, że kończy się niezwykle szybko. A jak wiadomo, dzieciom dobrej zabawy nigdy za wiele.


Pepsi