- „I’m Hoodoo Brown!!!” Na główną fabułę składa się około 20 misji. Po przejściu każdej z nich dostajemy wytyczne – co zrobić, by wziąć kolejną misję i pchnąć fabułę dalej. W tym czasie warto wykonać zadania poboczne, uzupełnić sakiewkę i polepszyć statystyki. Misji jest sporo - od wykonywania zleceń z porozwieszanych gdzieniegdzie plakatów typu „wanted dead or alive”, przez uwolnienie górników wziętych do niewoli, odparcie ataku rewolwerowców czy pomoc przy zaganianiu bydła na ranczo. Wykonując te dodatkowe zlecenia, nie można się nudzić, a bardzo dobrze rozprężają one przed trudnymi zadaniami z wątku głównego. Zaliczając misje, otrzymamy także dostęp do nowych trybów w mini-grze - pokerze. Oprócz nich znalazło się także miejsce na sekwencje dotyczące polowania i wspomnianych już prac na ranczu. Na mapie rozmieszczono 44 skały ze złotem do znalezienia.
- „You were.”Bardzo efektownie prezentują się cutscenki wplecione między ważniejszymi wydarzeniami. Radzę uważnie je oglądać, bo to one posuwają fabułę do przodu. W filmikach pokazano wydarzenia z przeszłości i to z nich wychodzi na jaw, kim tak naprawdę jest Colton. Cutscenki są głównym przekaźnikiem wątku fabularnego w grze. Dowiadujemy się z nich też wiele na temat naszego głównego wroga – Marudera. Genialnie dobrano głosy głównym bohaterom. Dzięki nim sekwencje trzymają wysoki poziom.
GUN straciłby wiele na uroku, gdyby nie muzyka towarzysząca rozgrywce. Niektóre kawałki zwyczajnie wymiatają! Czasami zatrzymywałem się podczas wykonywania misji z wątku głównego, by przypadkiem muzyki nie przerwała cutscenka czy atak wroga. Nie brakło utworów typowych dla westernowego klimatu, ale znalazły się też prawdziwe rodzynki. Nie gorzej wypadają odgłosy strzelaniny, odnoszenia bolesnych ran czy szybkiego galopu na koniu. Ogólnie rzecz biorąc, ścieżka dźwiękowa to jedna z mocniejszych stron gry.
Oprawa graficzna prezentuje podobny, wysoki poziom, co dźwięki w grze. Miasteczka, wioski indiańskie, rancza, wodospady, rzeki, doliny, góry i kopalnie wykonano z dużą dbałością o szczegóły. Animacje i efekty wybuchów również są niczego sobie. Brzydko wygląda jedynie to, jak obraca się nasz bohater. Zamiast stawiania kroków w bok, postać ślizga się po teksturach niczym marionetka. Nie wychodzi to podczas rozgrywki często, bo gdy akcja wre, nie zwraca się uwagi na takie szczegóły, jednak taki błąd powinien zostać wytknięty przez beta-testerów.
GUN jest w tej chwili zdecydowanie najlepszą produkcją rozgrywającą się na Dzikim Zachodzie. Przemyślana fabuła otulona wartką akcją i zaskakującymi zwrotami, a to wszystko w czasach amerykańskiego westernu; bogata w detale grafika; możliwość ulepszenia bohatera, konia oraz broni; szereg zadań pobocznych, a także dodatków, takich jak bryłki złota rozrzucone na mapie czy możliwość wszczynania ulicznych strzelanin. Czego chcieć więcej?