Latami nieurodzaju można by nazwać okres wydawania gier westernowych w historii gier komputerowych. Na szczęście ten smutny czas bezpowrotnie przeminął, bowiem na rynku pojawiła się właśnie kolejna, dużo lepiej wykonana pozycja.
Losami
GUN interesowałem się już od dawna. Już długo przed premierą zastanawiałem się, czy panowie z Neversoft Entertainment sprytnie skorzystają z nieobecności konkurencji na polu produkcji westernowych, czy też faktycznie szykują produkt, który na stałe zagości w naszej pamięci, tak jak filmy o szybkostrzelnych kowbojach. Bo któż nie zna Johna Wayne’a czy Lucky Luke’a? Teraz w naszą pamięć na stałe powinien zapisać się także Colton White - główny bohater omawianej gry.
Colton White - wanted dead or aliveAkcja gry rozpoczyna się w Montanie w 1880 roku. Colton White wraz ze swoim ojcem Nedem wybiera się na polowanie. Jest to swoisty tutorial – zabijając zwierzęta, uczymy się podstaw potrzebnych do dalszej rozgrywki, by potem płynnie przejść we właściwą część gry. Owo wprowadzenie kończy boss... olbrzymi niedźwiedź. Po uporaniu się z nim udajemy się na statek. Niedługo zostaje on zaatakowany przez ludzi niejakiego Reeda. Praktycznie wszyscy pasażerowie giną, a Ned – w obawie przed śmiercią syna - bohatersko wyrzuca go za burtę, by samemu powstrzymać napastników. Jak nietrudno jest się domyślić - Ned ginie, a ocalony syn zrobi wszystko, by pomścić jego śmierć i dowiedzieć się, dlaczego ktoś próbował ich zabić.
.jpg)
W wielkim uproszczeniu właśnie tak rysuje się wątek fabularny
GUN. Oczywiście, jest to tylko wstęp do wspaniałej przygody, jaką przygotowali dla nas twórcy. Dzięki licznym i naprawdę trudnym do przewidzenia zwrotom akcji nawet przez moment nie można być pewnym jej dalszego rozwoju. Niestety, nie mamy wpływu na obrót wydarzeń, ale wynagradzają nam to zróżnicowane dodatkowe misje i wspomniane niespodzianki w scenariuszu. Kiedy już uporamy się z misjami treningowymi i wprowadzeniem, przybywamy do saloonu w pobliskim mieście z celem zdobycia informacji.
The Wild Wild WestMiasta w grze są niewielkie, ale pomimo tego twórcom nie udało się tchnąć w nie życia. Niby ludzie przechadzają się ulicami, rozmawiają ze sobą, piją piwo w saloonie, raz na jakiś czas ktoś narozrabia i sprawdzi nienaganną czułość strażników, ale zaraz wszystko wraca do normy i życie na powrót robi się smętne. Klimat ratuje znakomite wykonanie zarówno miasteczek, jak i wszelkich innych lokacji - od kanionów, rancz i pól po obozy i wielkie mosty nad rzekami. Wszystko to jest jakby żywcem wyjęte z kinowego - czy też raczej telewizyjnego - westernu.