Recenzja: The Godfather

Autor: Adam "Harpen" Woźny
Opublikowano: 19 lutego 2007 r.

Ojciec Chrzestny - recenzja

Electronic Arts ma pieniądze i to właśnie ten koncern wykupuje ciągle nowe licencje. Dodać trzeba, że ową mamonę zarobił uczciwie, zatrudniając solidne osoby odpowiedzialne za marketing, które podsunęły pomysł wydawania kolejnych części (i dodatków) do sztandarowych tytułów firmy. Taki stan rzeczy spowodował naturalne obawy, jakie towarzyszyły niżej podpisanemu, gdy wydawca takich serii jak The Sims, Need for Speed, FIFA, Burnout, etc. poinformował o otrzymaniu praw do egranizacji Ojca Chrzestnego. Muszę przyznać, iż obawy były słuszne, gdyż produkt w wersji finalnej, którą miałem możliwość testować, przedstawia się z jednej strony naprawdę interesująco i spójnie, zaś z drugiej ma się wrażenie, iż dużą jego część wyprodukowano na kolanie w niezbyt sprzyjających warunkach. Ot, taki oczopląs. Dlaczego konkretnie? Przeczytajcie!

Najważniejsze pierwsze wrażenie!

Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Odpalamy grę i wita nas świetnie wpasowujący się w tło motyw muzyczny autorstwa Nino Roty (który notabene uruchamia się od nowa za każdym razem, kiedy wchodzimy w główne menu, zaś gdy wchodzimy do konkretnych opcji, słuchamy innego kawałka) oraz menu z postacią Marlona Brando, czyli Don Vito Corleone wraz z charakterystyczną czerwoną różą. Wbrew pozorom zabawy nie rozpoczynamy od stworzenia własnego bohatera (na ten element musimy trochę poczekać), lecz oglądamy wprowadzający filmik, z którego dowiadujemy się, iż ojciec postaci, jaką pokieruje gracz, został zamordowany poprzez wpakowanie kilku magazynków w jego ciało. W tym momencie młody (około 10 lat) potencjalny mafiozo, wysłuchuje kazania Dona Corleone twierdzącego, iż zemścimy się na mordercach ojca, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. I takowy nadchodzi. Kończy się przerywnikowy filmik, a tym samym rozpoczynamy proces kreowania własnego charakteru. W tej kwestii oddano do naszej dyspozycji naprawdę duże możliwości, gdyż decydujemy niemalże o wszystkich aspektach wyglądu zewnętrznego, aczkolwiek w praktyce wygląda to tak, iż bohater zachowuje się cały czas identycznie (system skryptów). Powoduje to, że włączając grę po raz drugi od nowa i tworząc jeszcze raz postać, ta jest na tyle sztuczna, iż widać praktycznie tylko zmienione tekstury w postaci ew. przyklejonego pieprzyka, niedopasowanej brody, czy powiększonej czupryny (to tylko przykłady, gdyż gra oferuje naprawdę dużo więcej opcji). Niczym system skopiowany żywcem z The Sims. Poza tym wybieramy także strój swojego bohatera, który będzie mógł zmieniać, gdy zarobi kolejne, nie do końca czyste, pieniądze. Tutaj wybór ubrań jest dość ograniczony, aczkolwiek całość starają się ratować okulary czy mokasyny oraz zmienna kolorystyka koszul, garniturów czy krawaty w wybitnie wyszukane wzorki. Nie podoba mnie się to, choć początkowo byłem zachwycony...

Od zera do bohatera

Proces tworzenia wirtualnego mafiozo mamy już za sobą i teraz przychodzi czas na właściwą rozgrywkę, przenosząc się ponownie na teren Nowego Jorku, mniej więcej do połowy ubiegłego wieku. Oglądamy filmik, na którym zostajemy napadnięci przez trzech bliżej niezidentyfikowanych gostków, których na całe szczęście przegania (właściwie to jednego z nich zabija) Luca Brasi. Wówczas gracz po raz kolejny (pierwotnie w misji przed stworzeniem postaci) poznaje tajniki walki, zapoznając się z dość wyszukanym sterowaniem (za pomocą klawiatury poruszamy się, zaś myszką zadajemy ciosy – naturalnie można nie korzystać z gryzonia i skupić się na jednym kontrolerze, co osobiście preferuję). Ogólnie przez pierwszych kilkanaście, może kilkadziesiąt minut, zapoznajemy się ze wszystkimi blaskami i cieniami rozgrywki. Uczymy się skradać, strzelać, dusić przeciwników. Następnie przechodzimy do wykonywania zlecanych nam misji, naturalnie powstałych w oparciu o dzieło Mario Puzo, aczkolwiek twórcy informują, iż bardziej inspirowali się filmami w reżyserii Coppoli, aniżeli kartami powieści. Zatem przejmujemy niektóre interesy w mieście, wymuszamy haracze (dbając o ochronę obiektów, rzecz jasna) oraz spuszczamy łomot przydrożnym kolesiom, wspinając się po szczeblach mafijnej kariery. Naturalnie jesteśmy także świadkami postrzelenia Ojca Chrzestnego. Ba! Sami nawet odwozimy go do szpitala (misja na czas!) i bierzemy udział w starciu na moście... Na plus zaliczyć należy grze dwie rzeczy w kwestii scenariusza. Primo – wszystkie ważniejsze sceny z filmu i książki można zobaczyć na ekranie komputera. Secundo – w fabułę umiejętnie wpleciona została postać gracza. Nawet mimo, iż nierzadko odczuwa się, jakby była dodana na siłę. Bo tak w istocie jest.

Toporne sterowanie, niekoniecznie toporkiem

Miałem możliwość grać wcześniej w wersję na PS2 i muszę przyznać, że gdybym miał recenzować wydanie właśnie na platformę Sony, to nijak nie przyszłoby mi do głowy wypominać toporne sterowanie. Jednak w tym wypadku muszę to zrobić Otóż na konsoli zadajemy ciosy za pomocą L3 i R3, zaś na komputerze za pomocą myszki. W praktyce różnica jest olbrzymia mimo, iż można zauważyć niemałe podobieństwa. Zwłaszcza, gdy korzysta się z optycznego gryzonia, którym trzeba jeździć po niemałej części biurka (uprzednio posprzątanego :P). Poza tym niezbyt wygodne jest to, iż gra korzysta z systemu autocelowania, co powoduje w praktyce zbytnie uszczerbki na zdrowiu, bowiem niekiedy wróg chowa się za przeszkodą, a oskryptowany system mimo wszystko chce go ostrzelać. Musimy wtedy odejść od ściany (wcześniej wystarczyło się do niej przykleić, kucnąć i co jakiś czas wychylać się), tym samym pokazać się kilku przeciwnikom w całej okazałości. Są oczywiście sposoby na rozprawienie się z tym niedociągnięciem, aczkolwiek wszystko pozostaje już w możliwościach grającego.

Auta, czyli jazda w wielkim mieście

Kolejnym, niezbyt pochlebnym, zdaniem rozpocznę omawianie kwestii samochodów w Ojcu Chrzestnym, ponieważ stwierdzę, że i na tym poletku autorzy również się nie popisali. Niestety model jazdy przypomina wszystkie te, jakie znamy z niskobudżetowych arcade’owych ścigałek. Pojazdy zachowują się niezwykle nierealistycznie, jak na czasy w których rozgrywa się akcja gry, wozy rozpędzają się do zawrotnych prędkości, a co więcej – uszkodzenia nie mają wpływu na ich zachowanie. Słowem – żenada, moi drodzy! Przypomnijcie sobie, jak w Mafii zachowywały się poszczególne środki transportu. Przypomnijcie sobie, jak nie mogliście podjechać pod górkę, bo wcześniej zaliczyliście kilka słupów. Tutaj o tym zapomnicie.... Porównując Ojca Chrzestnego do wyśmienitego dzieła studia Illusion Softworks należy stwierdzić, iż w kwestii ilości dostępnych wozów, programiście EA także nam nie zaimponowali. Ot, liczbę grywalnych aut możemy policzyć prawdopodobnie na palcach jednej ręki, a na drugiej ilość dostępnych wersji kolorystycznych. Nic ponadto. Tak, ja wiem, że przez film nie przewija się zawrotna różnorodność pojazdów, ale to przecież nikogo nie usprawiedliwia.

Nowy Jork minus dwie wieże

Tak jadę i jadę po grze, a przecież wypadałoby wspomnieć o jakichś plusach poza fabułą i głównym bohaterem (nie mylić z jego kreowaniem). Takowym na pewno jest wirtualny Nowy Jork po którym porusza się użytkownik. Miasto jest naprawdę dobrze odwzorowane, klimatyczne i co najważniejsze, w jakiś tam sposób, żyje własnym życiem. Gracz nie korzystający z pojazdów, a chcący dostać się na wskazane miejsce, często musi przebiegać przez tłum ludzi przechodzących się po chodnikach, uważać na rozpędzonych piratów drogowych, etc. Słowem jest cząstką tego wszystkiego, co naturalnie bardzo cieszy. Z niektórymi postaciami możemy porozmawiać, od innych usłyszeć kilka niezbyt pochlebnych słów, z innymi porozmawiać nt. pobocznych misji. Oczywiście ci ostatni wyróżniają się specjalną ikonką, jaka wisi nad ich głową. Po metropolii rozstawieni są również bohaterowie mający największy wpływ na rozgrywkę. Nad nimi nie znajduje już ikonka, lecz całe logo gry, które możemy podziwiać w menu obok napisu Ojciec Chrzestny.

O oprawie wizualnej słów kilka

Do uruchomienia gry na najwyższych detalach nie jest wymagany super potężny komputer, aczkolwiek „zawdzięczamy” to temu, że autorzy nie pokusili się o stworzenie ultrarealistycznej oprawy wizualnej. Co prawda nigdzie nie wieje pikselozą, a efekty wybuchów (moim zdaniem najlepszy element grafiki) wyglądają więcej niż przyzwoicie, to i tak czasem mamy wrażenie, iż momentami Mafia wyglądała lepiej (a to przecież różnica czterech lat). Samochody nie są szczegółowo odwzorowane – autorzy skupili się raczej na ogólnych kwestiach, które widać gołym okiem. Elementy dodatkowe poszły na dalszy plan i na pewnym etapie produkcji w ogóle zrezygnowano z ich tworzenia. Szkoda, bo ogólnie mamy przyzwoicie wykonane tekstury, jednak bez (nie)zbędnych dodatków, na które bardzo często zwracamy uwagę, choćby z ciekawości.

Na PC nie warto! Na PS2 na własną odpowiedzialność...

Produkt trafił do naszego kraju w kinowej wersji językowej, w niezbyt przystępnej cenie ustalonej na poziomie 160 złotych, lecz od premiery minęło parę miesięcy, więc spokojnie dostaniemy ten tytuł za mniejsze pieniądze. Jednak czy warto? Moim zdaniem – nie, przynajmniej nie na PC. Jeśli już koniecznie się upierasz i chciałbyś zobaczyć na własne oczy, jak marnuje się znakomity potencjał, udaj się do sklepu po edycję dedykowaną konsoli PlayStation 2. Po pierwsze lepiej się na niej steruje, a po drugie gra sprawia wrażenie ładniejszej. Auć...

Adam "Harpen" Woźny