Entuzjaści gier strategicznych, których akcja została osadzona w kosmosie, mogą po raz kolejny zostać przykuci do komputerów. Oto bowiem na rynku pojawiła druga odsłona cyklu Galactic Civilizations i co tu dużo mówić – jest naprawdę udana! Osobiście muszę przyznać, że jako fan gatunku z niecierpliwością oczekiwałem premiery niniejszego sequela, notabene noszącego podtytuł Dread Lords (w polskiej wersji językowej Władcy Strachu) i na szczęście, tym razem, nie zawiodłem się. Po naprawdę sporym czasie, jaki spędziłem na zwiedzaniu wirtualnego świata pierwszej części gry, nadzieję na to, że jej kontynuacja zaspokoi zarówno potrzeby użytkowników, w tym moje, były naprawdę wielkie. Podchodziłem do wszystkiego jednak z dystansem – zawsze tak robię, by nie pluć sobie w mordę, że po raz kolejny z czegoś fajnego zrobiono śmiecia. W przypadku Galactic Civilizations II: Dread Lords o gniocie mowy być nie może!
Pamiętamy zakończenie „jedynki”. Aby nie psuć zabawy wszystkim tym, którzy nie mieli jeszcze styczności z pierwowzorem powiem tylko, że pewien statek kolonizacyjny został wówczas wysłany na teren pewnej galaktyki w bliżej nieokreślone terenu wszechświata. Mogło, ale nie musiało, to nam dać jasno do zrozumienia, że twórcy gry mają zamiar przygotować sequel GalCiv. Pewnikiem oni sami również nie wiedzieli, że kiedykolwiek pojawi się „dwójka” (dla wyjaśnienia dodam, że obecnie powstaje już rozszerzenie do recenzowanej przeze mnie gry). Jednak developing rozpoczęto wówczas, gdy pewien programista doszedł do ciekawego wniosku. Stwierdził bowiem, że moment kończący scenariusz ich dzieła może być tak naprawdę dopiero początkiem tego, co gracze zobaczyć powinni. Wobec tego zabrano się do ciężkich robót. Powstał właśnie ten produkt...
Zapewne tę recenzję czytają zarówno fani sagi, chcący poznać moje zdanie nt. nowego GalCiv, lecz myślę, iż również do tekstu zajrzą laicy, którzy pragną zapoznać się z tym, co oferuje niniejsza pozycja. Zatem kilka słów do zielonych. Kiedyś powstała taka seria gier o nazwie Master of Orion. Jeśli pamiętacie, to dobrze, jeśli nie – cóż, trochę gorzej. Jednak warto się dowiedzieć nieco więcej o tejże sadze, gdyż właśnie nią inspirowali się twórcy recenzowanego tytułu (chętnych zapraszam do sklepów, gdzie w Ekstra Klasyce MoO3 kosztuje niespełna 20 złotych). Wobec tego w obu tytułach „chodzi” o to samo: stajesz się dowódcą jednej z galaktyk rozmieszczonych po wszechświecie, w którym narodził się szereg unikatowych cywilizacji. Po tym, gdy okazało się, że można podróżować między planetami w nowy, niespotykany dotąd sposób, zdobywając przy okazji nowe surowce, jak również walcząc o nowe tereny i korzystając z najnowszych technologii, wszyscy władcy rywalizują o przetrwanie i o nowe ziemie. Okazało się również, że dodatkowo pojawiły się tereny nie należące do nikogo i trzeba je odpowiednio podzielić. Niemożliwe jest jednak, by ktokolwiek mógł odpowiednio nimi zarządzić, toteż rozpoczęły się masowe mordy, starcia, a z czasem także i wojny. Nikt nie chciał odpuścić...

Podzielone na trzy kampanie misje opowiadają nam o walce rasy ludzkiej z nieprzyjaznym militarnym Imperium Drengin. Gdzie w tym wszystkim są tytułowi Władcy Strachu? Już wyjaśniam. Otóż wspomniana, wroga kolonizacja, która niestety stała się posiadaczem pewnych artefaktów, dotarła do prastarej cywilizacji Dread Lords i przejęła ich wszystkie wynalazki, w tym oczywiście poszczególne, nowoczesne technologie. Wszystkie zdobycze bezproblemowo mogą pozwolić im podbić cały wszechświat, likwidując wszystkich wrogów, przejmując wszystkie ziemie. Poza trybem fabularnym w grze dostępna jest opcja tzw. wolnej gry oraz wariant nazwany Metaverse. Zacznijmy od tego drugiego. Otóż jest to jeden z wariantów swobodnej zabawy, pozwalający nam na rozgrywkę w taki sposób, by później móc umieścić swoje wyniki w sieci, które zostaną zapisane w specjalnym rankingu. Naturalnie przed tym całym procederem program sprawdza poprawności wszystkich danych – czy nie użyliśmy kodów, nie podmieniliśmy jakiś plików, etc. Wolna gra jest o wiele bardziej rozbudowana. Przede wszystkim musimy dokonać wyboru cywilizacji – zarówno dla siebie, jak i komputerowych przeciwników. Potem idzie rozmiar galaktyki, zasady rozgrywki (czyli co trzeba zrobić, by wygrać) oraz ilość planet. Warto zwrócić uwagę na to, że jednym z wyznaczników, charakterystycznym elementem gry jest liczba oferowanych cywilizacji, których udostępniono dziesięć. Na tym jednak nie koniec, ponieważ gdy nie spodobają się nam te zaproponowane przez twórców, możemy spokojnie przysiąść i zająć się tworzeniem własnej. Wedle upodobań i potrzeb. Gracz decyduje do jakiej partii będzie należał, z których technologii i umiejętności skorzysta. Wszystkie te elementy mają olbrzymi wpływ na samą rozgrywkę, nie są wobec tego wyborami czysto formalnymi. Całe szczęście.