Recenzja: Starship Troopers: Żołnierze Kosmos

Autor: Patryk "Pepsi" Purczyński
Opublikowano: 25 października 2006 r.

Starship Troopers: Żołnierze Kosmosu

"Hej, hej, Mars napada" - śpiewał kiedyś Kazik Staszewski. Słowa piosenki idealnie pasują do najnowszego produktu Empire Interactive, Starship Troopers: Żołnierze Kosmosu, wydanego w Polsce przez firmę Cenega. Tuż po premierze gry w sieci pojawiły się liczne porównania do słynnego Serious Sama. Wrogowie stawiają bowiem na ilość, a nie taktykę, czyli tzw. "w kupie siła". Odnośnie tej kupy, trzeba też mieć jako takie wyczucie, bo jak się za daleko jeden z drugim zapędzi, to gracz może utonąć w szambie. Niestety, w przypadku produkcji studia StrangeLite, to wyczucie nie zostało momentami zachowane. Ale po kolei...
Choć już płonął, to krzyczał: ,,A jednak się kręci!"

Na początek mała dygresja. Starship Troopers: Żołnierze Kosmosu to gra oparta na filmie pod tym samym tytułem. I właśnie o produkcji Tristar Pictures kilka słów chciałem rzec. Obraz jest słaby i nie polecam go nikomu (oprócz fanatyków sieczki w konwencji sci-fi). Jedyną praktycznie rzeczą, godną zapamiętania, jest śliczny nosek Denise Richards. Aktorstwo stoi na bardzo niskim poziomie, podobnie jak fabuła. Dialogi są naciągane i wieje od nich sztucznością. Specyficzny humor również do mnie nie przemawia. Słowem - ST to kompletnie nie moja bajka, w dodatku słabo wykonana. I właśnie na tych trefnych fundamentach zbudowany został produkt Empire Interactive. Możecie się już powoli domyślać, jak wyszło.

Hej, hej, u wrót stoi wróg - nie rzucimy ziemi, skąd nasz ród!

Starship Troopers to gra akcji, osadzona w świecie znanym z wyżej opisanego filmu. Ziemianie toczą nieustanne walki z robalami-mutantami. Po ostatnim zmasowanym ataku na naszą rodzimą planetę, jej mieszkańcy postanowili nie zostać dłużni - zwiększyli pobór do armii republikańskiej i szykują wielkie uderzenie na kolejne ośrodki zagnieżdżenia wrogów. Mimo tworzenia coraz to większych armii, robale mają ogromną przewagę liczebną, a jedyną szansą na powodzenie jest lepsze usprzętowienie homo sapiens sapiens. Jak się jednak okazuje w trakcie gry, nie tylko człowiek jest tu istotą myślącą, co z pozoru wydaje się wręcz absurdalne (ci, którzy oglądali film, wiedzą, o czym mówię). Sytuacja robi się coraz bardziej dramatyczna, a my uczestniczymy często w niemal samobójczych misjach. Czegóż to się nie robi dla Matki-Ziemi.



Nawiązań do filmu jednak jak na lekarstwo. Fabuła w nim co prawda była mierna, ale chociaż była. W grze praktycznie każda postać zostaje wyzuta z osobowości, jest tylko anonimowym żołnierzem. Nie poznajemy żadnych historii z życia prywatnego bohaterów, ba, ciężko nawet wskazać jakichkolwiek bohaterów. Twórcy postawili wyłącznie na akcję, a to błąd, bowiem wątki poboczne, wewnętrzne przeżycia postaci niewątpliwie wzbogaciłyby rozgrywkę i pomogły bardziej wczuć się w rolę żołnierza, utożsamić z nim. A tak, pozostaje nam posucha i tępe rżnięcie we wszystko co się rusza... Owszem, w grze zaimplementowano wstawki filmowe, jednak nie mają one szczególnego znaczenia. Niektóre są wprowadzeniem do nadchodzącej misji, a inne występują raczej w roli bonusa, aniżeli elementu mającego wprowadzić coś do strony fabularnej produktu.

Wszędzie ruchawka, zniszczenia i pożoga

Pierwsze wrażenie, jakie wywarła na mnie gra, było jak najbardziej pozytywne. Już w początkowej misji, będącej rozgrzewką przed kolejnymi wyzwaniami, czeka nas jatka, jakich mało. Dowódca przegrupowuje malutki oddzialik, udziela ostatnich wskazówek, napięcie lekko wzrasta, mur, za którym niewiadomo co się kryje zostaje wyburzony i... zaczyna się masakra na całego! Wkraczamy z grupką pięciu chłopa na odsłoniętą co dopiero przestrzeń, a tam czeka na nas ze 150 robali, które trzeba szybko unicestwić. Zadyma naprawdę pierwszorzędna, do tego zwiastun ciekawej, dynamicznej rozgrywki. Niestety, dalej jest już gorzej. Raz, że o wiele za trudno, dwa, że z czasem robi się monotonnie. Pierwszy zarzut jest jednak o wiele bardziej poważniejszy. Poziomy trudności (nawet te niższe) zostały zbyt mocno wyśrubowane i ciężko ukończyć niektóre misje nawet na tych łatwiejszych. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że po półgodzinnej grze zrobiło mi się autentycznie niedobrze z zawrotami głowy włącznie! Utkwiłem w jednym punkcie, naparzałem do w nieskończoność pojawiających się robali, bezskutecznie. W końcu mnie posiekały w drobny mak, ale w sumie dobrze się stało. Kto wie, czy gdybym nie pograł 10 minut dłużej, nie leżałbym teraz na oddziale zamkniętym?

Inwazja planetarna do plaży się zbliża



Co prawda na plaży walczyć nie będziemy, jak mogłaby sugerować treść śródtytułu, ale za to przemierzymy wiele innych otwartych przestrzeni. Rozległe tereny, na których przyjdzie nam unicestwiać hordy robali zostały skonstruowane właśnie z myślą o takiej sieczce - żeby było gdzie się wycofać i rzucić granat. Nie ma jakiejś szczególnej precyzji czy błysku geniuszu, ale też nie można się specjalnie do niczego przyczepić. Co ważne, fani trzeciego Dooma też znajdą coś dla siebie. Mam tu na myśli zamknięte, wręcz klaustrofobiczne przestrzenie. Zostały one stworzone z myślą o innych rodzajach wrogów, toteż rozgrywka toczy się nieco inaczej. Znakomitą większość stanowią jednak otwarte lokacje, na których rozgrywają się epickie starcia. Można się przyczepić jedynie do tego, że nasz żołnierz, mimo, iż ma być super-sprawny, nie potrafi podskoczyć na wysokość pół metra, przez co niektóre elementy na planszach mogą nam w znaczący sposób przeszkodzić w poruszaniu się. Cóż, niby mało znaczący, a jednak denerwujący błąd.

Hej, hej, ludkowie biedni - kolejny zlew powszedni

Wrogowie, z którymi przyjdzie nam walczyć, nie są specjalnie zróżnicowani. Owszem, występuje kilka rodzajów plugawych robali, jednak większość można wrzucić do jednego wora. Nie różnią się bowiem specjalnie od siebie, każdy jest w pewnym zakresie lepszy od 'robala podstawowego', spotykanego szczególnie często zwłaszcza w pierwszych misjach. Oczywiście z czasem przychodzi nam walczyć z coraz trudniejszym przeciwnikiem, jednak większość nawiązuje do pierwowzoru. Są też inni, specyficzni wrogowie, z którymi musimy sobie radzić nieco innymi technikami, niż z pozostałymi. Jak już wspomniałem, szczególną odmianę odnaleźć można w zamkniętych pomieszczeniach, przystosowanych do aktywności snajperów, porozstawianych w ciemnych zakamarkach danej lokacji. Pojawiają się też małe, uciążliwe robaczki, które ciężko trafić, a także masywne potwory, gdzie jedynym rozwiązaniem jest wyrzutnia rakiet. Każdy rodzaj przeciwników ma swój sposób atakowania - jedni stawiają na ilość, inni na działanie z zaskoczenia, jeszcze inni na niezliczoną ilość punktów życia oraz moc rażenia. Każda potwora znajdzie jednak swojego amatora, dlatego na wszystkich są sprawdzone taktyki.

Bo jednostki doborowe i kompanie honorowe...

Broń, jaką oddali nam twórcy do dyspozycji niestety nie zawsze się sprawdza. Właściwie większość czasu spędziłem trzymając w dłoniach podstawową pukawkę, czyli szybkostrzelny karabin z niekończącą się amunicją i granatami (te trzeba już kolekcjonować). Tak, tak, każda broń (oprócz snajperki) ma dwie funkcje. Jest to dobre rozwiązanie wobec tak dużego poziomu trudności, na który złożyło się swoją drogą wiele czynników, lecz i tak niewystarczające. Wszystkie pukawki mają bowiem (jak to zwykle bywa) swoje wady. I tak na przykład wspomniany podstawowy karabin Maruder MK4 łatwo się przegrzewa, dlatego wskazane jest strzelanie krótkimi seriami. Inne z kolei zbyt wolno wypluwają ołów, lub mają zbyt duży rozrzut i nadają się tylko na walkę w bliższym kontakcie. Swoje "za i przeciw" mają też snajperki czy wyrzutnie rakiet, ale wygląda to podobnie, jak w innych shooterach. Ciekawym rozwiązaniem są natomiast działa stacjonarne, szczególnie przydają się podczas walk z hordami nacierających robali. Dodatkowym handicapem dla strzelca jest fakt, że tylko latające, lub ziejące ogniem kreatury mogą mu zagrozić. Ponadto na wyposażeniu żołnierza znajdują się osobne granaty, apteczki oraz latarki. Dobrze, że twórcom nie przyszło do głowy, aby w tych ostatnich zużywały się baterie, gdyż niekiedy potrzebujemy ich do skutecznej rozgrywki nawet przez całą misję.

Oni mają pusto we łbach, za babami latają!



Wspomniałem wcześniej, że jest kilka czynników, wpływających na zbyt wysoki poziom trudności. Jednym z nich jest sztuczna inteligencja naszych kompanów. W znakomitej większości misji w bitwach ludzko-robaczych uczestniczą bowiem inni żołnierze. Są oni jednak beznadziejni, szybko giną, słabo strzelają, mogą nam jedynie posłużyć do odwrócenia uwagi nacierających kreatur na naszą postać. Już w pierwszej misji przychodzi nam ochraniać technika, który ma za zadanie uaktywnienie pola siłowego, mającego wykończyć wrogie stwory. Nie zważa on jednak na nacierające hordy, ba, pcha się w centrum największego chaosu. I jak tu takiego dziada obronić? Przecież my też musimy przeżyć, a nie istnieje opcja wydawania mu komend. Nie pozostaje zatem nic innego, jak zaprzeć się i próbować do skutku. SI wrogów też do spektakularnie wysokich, ale oni mają ogromną przewagę liczebną i mogą sobie pozwolić na bardziej dowolny styl walki. A my brnijmy na sieczkę z towarzyszami pół-mózgami...

Najpierw dobrobyt, a potem demokracja

Grafika jest dość uboga, powiedziałbym wręcz - prostolinijna. Szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę wizualizacje plansz. Bo z postaciami - zarówno żołnierzami, jak i potworami, jest już znacznie lepiej. Są niemal wiernymi kopiami tego, co mieliśmy okazję zobaczyć w filmie. Animacje też stoją na wysokim poziomie - robale padają inaczej, jeśli są zabijane z innych broni. Gdy wykańczamy je seriami z karabinu po prostu osuwają się na ziemię, gdy jednak korzystamy z shotguna, widać wyraźnie, że moc wystrzału odrzuca je na pewną odległość. Nie jest to Half-Life 2, ale prezentuje się przyzwoicie. Ta 'przyzwoitość' ma niestety swoją cenę w postaci dość wysokich, jak na taką produkcję, wymagań sprzętowych. Minimalne wymagania to bowiem procesor 2GHz, 512 RAM i karta graficzna z 128 MB, vertex i pixel shader na pokładzie. Przyznam, że twórcy nieco przesadzili z tym ostatnim elementem, gdyż mój GeForce4 Ti 64 MB radził sobie całkiem nieźle na średnich detalach. Gorzej było, kiedy na ekranie pojawiało się powyżej 20 przeciwników, wtedy gra potrafiła mocno przyciąć i nie pozostawało mi nic innego, jak zadowolić się niższym poziomem szczegółów. Starship Troopers nie jest arcydziełem graficznym, tylko solidnie wykonaną pod względem wizualnym grą, dlatego uważam, że wymienione wyżej parametry, potrzebne do płynnej rozgrywki, są zbyt wysokie. Do tego trzeba dodać fakt, iż silnik w ogóle nie obsługuje kart ATI.

Czy to, że grasz na gitarze uszczęśliwia innych ludzi?

W Starship Troopers nikt na gitarze nie gra, w ogóle muzyki jest niewiele, pojawia się praktycznie tylko we wstawkach filmowych. A szkoda, bo wiele jest strzelanin, w których w najbardziej dramatycznych momentach przygrywa nam w tle jakiś żywy motyw, dodający dramaturgii rozgrywającej się na naszych ekranach akcji. Dźwięk i głosy aktorów są za to solidne. Każda broń wydaje swój specyficzny odgłos, piszczenie robali budzi grozę, jest realistycznie. W menu dobiega nas stanowczy głos naszego przełożonego, który informuje nas o celach i niebezpieczeństwach nadchodzącej misji. Podczas jej trwania również dostajemy informacje od ekspertów, a ich głosy stoją na wysokim poziomie.

John Malkovich, jak grał Ruska to mówił "Madier Fakier"



W naszym kraju grę wydała firma Cenega Poland. Zdecydowała się ona na pozostanie przy angielskich aktorach, wprowadziła jednak napisy kinowe. A właściwie ich część, gdyż nie wszystkie kwestie, wypowiadane zwłaszcza na odprawie, są przetłumaczone. Niekompletna polonizacja to największy zarzut, jaki można przedstawić rodzimemu wydawcy. W pudełku znajduje się płyta z grą oraz ilustrowana instrukcja. Oprócz omówienia instalacji i podstawowych trybów gry, znajdziemy w niej także opis poszczególnych rodzajów broni oraz kilka ciekawych porad. Ponad dwudziestostronicowy podręcznik został wydany bardzo elegancko. Ponadto cena produktu odpowiada jego jakości.

W tym całym zamieszaniu jedno wiem na pewno - jesteś moją królewną

Zamieszanie rzeczywiście jest i to niemałe. Starship Troopers: Żołnierze Kosmosu aspiruje bowiem do gry dobrej, lecz to, co zaserwowali nam panowie z Empire Interactive nie dociąga do takiego werdyktu. Produkcja, oparta na miernym filmie, nie może być arcydziełem fabularnym, jednak została zupełnie wyzuta z jakiegokolwiek scenariusza. Fabuła to bardzo ważna rzecz w grach akcji, a tu nie ma jej w ogóle. Ponadto poziom trudności został zbyt wyśrubowany, przez co ST staje się niekiedy zbyt trudne nawet dla bardziej doświadczonych graczy. Szkoda, że dwa tak oczywiste błędy zrujnowały całą pracę teamu Strangelite. Akcja pokroju Serious Sama w dobrym wydaniu dawno nie zagościła bowiem na pecetach, a Żołnierze Kosmosu niekiedy biją na głowę w zadymach te, zaprezentowane w nieodżałowanym produkcie Croteamu. Mogło być bardzo dobrze, jest ledwo nieźle. Polecam tylko najzagorzalszym fanom strzelanin pełną parą i gatunku science-fiction.

Patryk "Pepsi" Purczyński