Recenzja: Just Cause

Autor: Sebastian ”jedi_alan” Kędzierski
Opublikowano: 2 października 2006 r.

Just Cause - recenzja

Niewiele jest gier, które mogą poszczycić się ogromnymi połaciami terenu, ciekawie zrealizowaną rozgrywką i interesującą fabułą. Do kanonu tego typu produktów z pewnością można zaliczyć Morrowinda, sagę Gothic czy Grand Theft Auto i już od niedawna Just Cause. O tym ostatnim tytule zrobiło się dość głośno, a to za sprawą serwisów, które zaczęły porównywać go do produkcji Rockstar Games. Oba z pewnością maję wiele wspólnego, ale na szczęście dla nas graczy, JC nie jest kolejnym klonem serii GTA. O tym fakcie niedawno miałem okazję się przekonać.
Mieszanka Seana Connerego z Antonio Banderasem

Takiego porównania można użyć do opisu naszego wirtualnego alter ego. Rico Rodriguez, tajny agent CIA, zostaje wysłany na mały archipelag, San Esperito, gdzie ma za zadanie obalić miejscowego dyktatora Salvadora Mendozę. Główny bohater z pochodzenia jest latynosem (nazwisko robi swoje) o budowie kulturysty i zwinności kota. To, co wyprawia na ekranie monitora obala mit o realizmie w Just Cause. Lot na spadochronie i wyczynowa jazda samochodami, to jedyne rzeczy normalne dla nas, zwykłych śmiertelników. Ale już śmiganie z wysokości 200 metrów bez ubezpieczenia, to lekka przesada. Kolejnymi akrobacjami, jakimi urzeka nas Rico są skoki na dach pędzącego samochodu, otwarcie spadochronu i zeskok na dach kolejnego pojazdu. Bardzo przydatna umiejętność, gdy ściga nas spora grupa żołnierzy lub policji. Chcemy polatać na skrzydle samolotu? Nie ma problemu, gdy fruniemy tą maszyną wystarczy wyskoczyć i się go złapać, a siła pędu zrobi swoje.



Jak przystało na agenta pochodzącego z kraju miodem i mlekiem płynącym, Rodriguez posiada całkiem bogaty arsenał. Już na początku, gdy musimy spotkać się z naszym łącznikiem mamy do dyspozycji dwa pistolety o mocy dorównującej Desert Eagle’owi. Towarzyszą nam one przez cały czas głównie, dlatego że mają nieskończoną ilość naboi. Oczywiście na rodzajach broni podstawowej świat się nie kończy i nasz ekwipunek powiększa się wraz z zagłębianiem się w intrygę. Bohater może jednocześnie nosić po jednym egzemplarzu z kilku typów uzbrojenia. Zaczynając od dodatkowego pistoletu poprzez krótki karabin, broń długą, materiały wybuchowe, a kończąc na haku. Dzięki temu ostatniemu możemy zaczepić się dowolnego pojazdu i podążać z nim lecąc w przestworzach.

Będąc pracownikiem dość znanej agencji przysługuję nam wiele korzyści. Jedną z nich jest ewakuacja z dowolnego miejsca na mapie (nie licząc miast). Gdy wybierzemy tę opcje przylatuje po nas śmigłowiec i zabiera do dowolnie wybranej kryjówki. Ten sam helikopter może nam przywieść różnego rodzaju sprzęt, gdy tylko tego będziemy chcieli. Do naszej dyspozycji oddano specjalny motor, samochód terenowy, „minikopter” i motorówkę. W każdej chwili możemy poprosić o dowolną maszynę. Opcja natychmiastowej ewakuacji przydaje się często, gdy następna misja jest znacząco oddalona i lepiej wystartować do niej z jakiejś pobliskiej bazy, gdzie będziemy mogli uzupełnić zapasy amunicji i podleczyć nasze zdrowie. Dodatkowo w kryjówkach znajduje się system satelitarnej łączności pozwalający na wykonanie zapisu stanu gry.

Wspomniałem o pojazdach, więc warto wiedzieć, czym możemy poruszać się po wyspach San Esperito. Standardową maszyną jest samochód. Nie spotkamy tu, wypasionych aut, jakie znamy z San Andreas lub Need For Speeda tylko stare „rzęchy”. Takie określenie może być lekką przesadą, ale właśnie tak wyglądają nasze cudne cztery kółka. Przypominają wozy, które widzimy w filmach, gdzie akcja dzieje się na Kubie lub w innym podobnym państewku. Na szczęście oprócz nich mamy jeszcze motory, samoloty, helikoptery i łodzie. Wszystkie z wymienionych występują w kilka rodzajach, różniących się między sobą wyglądem, prędkością, zwrotnością, etc. Na niektórych samochodach i łodziach są zamontowane karabiny maszynowe przydatne podczas wykonywania wielu misji.

Viva la revolucja

Scenariusz, jaki przygotowali nam producenci jest formą otwartą tzn. mamy kompletną swobodę w poruszaniu się po wyspie i przy wykonywaniu zadań. Jedynie misje głównego wątku musimy wykonywać w ustalonej kolejności, aby popchnąć fabułę do przodu. Gdy przybywamy na archipelag, na czele rządu zasiada, niejaki Salvador Mendoza, samozwańczy generał, który rządzi silną ręka. Jest on pierwszą ze stron, z którą przyjdzie się nam zmierzyć, jego głównym przeciwnikiem są partyzanci dążący do demokratyzacji państwa. Druga potężna organizacja to kartele narkotykowe. Sprzymierzając się z jednym z nich będziemy stawiać pierwsze kroki ku wyzwoleniu San Esperito. Oprócz głównego wątku mamy możliwość wypełniana misji dla naszych sprzymierzeńców. Komputer generuje je losowo, wiec nie ma szans żebyśmy po odpaleniu sejwa dostali to samo zadanie, co poprzednio. Zlecenia są różne, czasami będziemy musieli pozbyć się zdrajców, wysadzić jakiś budynek lub przywieść jakiś cenny przedmiot przywódcy danej grupy. Ich wykonywanie zwiększa nam respekt u zleceniodawcy oraz udostępnia lepszy sprzęt w kryjówkach, rozsianych po całej mapie.



Drugim typem dodatkowych zadań jest wyzwalanie poszczególnych prowincji spod kontroli państwa. Przypomina to znane z San Andreas zdobywanie dzielnic. Dzięki nim oprócz respektu zyskujemy kolejne tereny i kryjówki. Innym typem są różnego rodzaju misje kolekcjonerskie, gdzie zbieramy walizki, próbki narkotyków i inne przedmioty. Dodatkowo możemy wziąć udział w wyścigu. Możliwości spędzenia czasu jest wiele i tylko od nas zależy, co będziemy robić, aby upłynął nam on jak najprzyjemniej. Gdy zakończymy zadanie gra się „resetuje”. To znaczy, że komputer czyści nam konto i jeśli zdenerwowaliśmy za bardzo kogoś to po wykonaniu misji jest on nastawiony do nas neutralnie. Kolejne ułatwienie to możliwość wykonania zapisu stanu gry również po zakończeniu zadania, a nie tylko w jednym miejscu na mapie.

Rico na swojej drodze spotyka wielu przeciwników, ze stojącymi na czele policjantami i wojskiem. Ich zainteresowanie naszą osobą jest wyrażone, w pięciostopniowej skali i podobnie do serii Grand Theft Auto, im wyższy stopień wskaźnika z tym większym zaangażowaniem będą nas ścigać. Nasi wrogowie są wyposażeni w podobną broń do nas, więc pod tym względem szanse są wyrównane. Niestety, jeśli chodzi o współczynnik inteligencji komputerowych postaci to trzeba nad nim jeszcze popracować. W zasadzie przez cały czas sami pchają się nam pod muszkę, wcale się nie ukrywając. Ich zachowania są schematyczne i przewidywalne.

Dawno temu jedna ze stacji telewizyjnych emitowała serial po tytułem „Żar tropików”. Po spędzeniu kilkudziesięciu godzin z Just Cause właśnie on przyszedł mi na myśl, a to ze względu na krajobraz jaki nas otacza. Wyspa jest ogromna, według oficjalnych informacji teren archipelagu to ponad tysiąc kilometrów kwadratowych. Większość z tego obszaru to zielona dżungla. Wszystkie miejsca „zielone” są zrobione doskonale. Gra nawet na najniższych ustawieniach oczarowuje grafiką. Tekstury drzew, krzewów są zadziwiająco piękne. Niewielki procent terenów to miasta, które powiedzmy szczerze stanowią tylko tło dla lasów. Wyspy połączone są mostami, a przez całe San Esperito przebiegają kilometry dróg. Poruszanie się pomiędzy poszczególnymi lokacji jest lekko uciążliwe, a to z powodu wielkości mapy i niektórym osobom może to znacząco zniesmaczyć rozgrywkę. Przy wielu trasach znajdują się wioski znane z amerykańskich horrorów klasy B. Wszystkie są małe i bardzo podobne do siebie. Podczas zwiedzania lokacji będzie nam towarzyszyła lekka muzyka łatwo wpadająca w ucho i co więcej nie nudząca się szybko (prawie wcale). Dźwięki, jakimi usłany jest świat także stoją na wysokim poziomie i dotrzymują kroku innym elementom produkcji.

Tworząc Just Cause producenci nie ustrzegli się kilku błędów, które, miejmy nadzieję, zostaną usunięte przez nadchodzące łatka. Jednym z nich jest przenikanie tekstur pojazdów przez drzewa. Nie mamy większego problemu, aby przejechać przez niektóre z nich. System uszkodzeń wozów także się nie sprawdza, bo o ile gdy strzelamy do nich z karabinu to jesteśmy w stanie uszkodzić opony czy zbić szyby, jednakże jeśli wyskoczymy samochodem choćby z największego klifu to przetrwa nie draśnięty. To samo tyczy się momentów, gdy przewrócimy nasz pojazd, on twardo wróci do prawidłowej pozycji. Hak, który posiada bohater potrafi się wbić nawet w pancerną blachę, ale żeby spróbować przy jego pomocy wspiąć się na jakiś budynek możemy tylko pomarzyć. Rico jest tajnym agentem i pewnie dlatego może wstrzymywać oddech pod wodą dopóty, dopóki z niej się nie wynurzy. W czasie podróży motorówką możemy zauważyć, że silnik (chodzi mi o tą część odpowiedzialna za wykonywanie skrętów) w ogóle się nie porusza. Tkwi cały czas w jednym miejscu, jakby był sklejony przy pomocy Super Glue. Prowadząc samochód możemy pochwalić fizykę jazdy, ale gdy przesiądziemy się na motor tę fizykę będziemy przeklinać. Najmniejszy ruch klawisza, a nasz jednoślad zmienia się w nieujeżdżonego konia.

Na wstępie porównałem Rodrigueza do dwóch aktorów. Bardziej trafne byłoby jednak porównanie go do odgrywanych przez nich postaci, Jamesa Bonda i El Mariachi, gdyż klimat programu przypomina nam tych dwóch bohaterów i ich ekranowe wyczyny. Just Cause pomimo kilku wad z pewnością jest bardzo dobrą produkcją. Co więcej jest ciekawą alternatywą dla ludzi znużonych serią Rockstar Games. Może i ten tytuł nie zdobędzie tylu fanów, ale z pewnością z czystym sumieniem mogą go polecić każdemu, gdyż mamy do czynienia z rasowym hitem!

Sebastian ”jedi_alan” Kędzierski