Recenzowana produkcja reprezentuje gatunek strzelanin przedstawionych z pierwszej osoby nastawionych raczej na potyczkę za pośrednictwem sieci (dostępna jest także opcja gry z botami). Jednak nie może być ona konkurencją dla serii Battlefield, bowiem o wiele bliżej jej do znanego i lubianego RtCW: Enemy Territory, z którym i tak chyba łączą ją tylko realia rozgrywki – mianowicie druga wojna światowa. Do naszej dyspozycji oddano dwie strony konfliktu, po których się opowiadamy – Sowietów oraz Niemców. Zależnie od dokonanego wyboru możemy skorzystać z unikalnych narzędzi eksterminacji (w sumie 28 tychże), pojazdów (14), jak i wszelakiej maści gadżetów. Zacznijmy może od pierwszej ze wspomnianych przeze mnie nacji. Wyposażona została ona przede wszystkim w takie pukawki, jak choćby PPSh 1941G czy Tokarev SVT-40, zaś z czołgów należy wymienić T-34, którym rzecz jasna możemy pokierować. Natomiast jeśli chodzi o naszych zachodnich sąsiadów, to ci mogą korzystać z Mausera 98K czy stacjonarnego MG42. Natomiast PzKpfw IV Ausf F1 oraz F2 to niemieckie czołgi, również dostępne w grze. To oczywiście tylko przykłady wyposażenia wszystkich jednostek.

Akcję gry przenieść może nas na teren jednej z trzynastu niezwykle zróżnicowanych lokacji. Co prawda nie mamy tu do czynienia z dużymi mapami, aczkolwiek gołym okiem widać, że twórcy bardzo mocno przyłożyli się do szczegółów, w efekcie czego wszystko dopracowane jest na ostatni guzik. Jednak staranne wykonanie to nie wszystko, bowiem producenci postanowili również obdarzyć każdą z map osobnymi klimatem, który ewidentnie odczuwa się w trakcie rozgrywki. Dodatkowo warto zauważyć, że wraz z grą otrzymujemy edytor, dzięki któremu gracze tworzą kolejne pola bitewne. Miejmy nadzieję, iż spowoduje to, że w Red Orchestra: Ostfront 41-45 pogramy jeszcze, co najmniej, kilka miesięcy, jak nie dłużej. Jeśli jednak ktoś nie ma zamiaru pobierać dodatkowych poziomów i tak nie będzie się nudził, gdyż trzynaście zaserwowanych lokacji w zupełności wystarcza.
Zanim zajmiemy się opisaniem „chodzonej” części gry, powiem co nieco o pojazdach, a właściwie modelu jazdy. Ten niestety nie jest najmocniejszym punktem recenzowanego programu (delikatnie mówiąc), gdyż akurat tutaj wyszedł brak doświadczenia programistów. Poruszając się jakimkolwiek środkiem transportu (a tych jest niemała ilość, o czym już wspomniałem) ma się wrażenie, jakby się płynęło. Pojazd nie tylko nie reaguje na wszelakiej maści elementy otoczenia, ale nie zmienia także swojego położenia względem podłoża. Przykładowo, gdy przejeżdżamy przez nierówny teren, najzwyczajniej w świecie cały czas znajdujemy się w tej samej, jednej pozycji – nic nie podskakuje, nic się nie porusza, wszystko zachowuje się niezwykle stabilnie tak, jakby ciągłe jechało po świeżo położonej nawierzchni. Jako tako błąd ten mogę zrozumieć, lecz nijak pojąć nie mogę, czym to jest spowodowane. Czy beta – testerzy ominęli ten aspekt? Nie sądzę. Zatem, czy tak miało być? Też nie wiem. Mam tylko nadzieję, że pierwsze lepsza aktualizacja programu poprawi opisanie niedociągnięcie.

Przejdźmy jednak teraz do esencji programu, którą bądź co bądź nie jest strzelanie. Bowiem w Red Orchestra: Ostfront 41-45 najważniejsze nie jest to, by rozprawić się z jak największą ilością przeciwników i dotrzeć do celu. Tutaj liczy się co innego. Mianowicie mam na myśli pracę w zespole. Jak wiadomo gracz dołącza już na samym początku do jednego z dwóch teamów, lecz – jak to ma miejsce w przypadku innych sieciowych FPSów – na tym się nie kończy. Wiemy, że zwykle podpisując pakt z jakąś drużyną i tak musimy działać na własną rękę, chroniąc swoje cztery litery. Przede wszystkim należy odnotować, że cała rozgrywka polega na trzymaniu się swojej grupy wraz z którą zdobywa się kolejne cele na mapie, gdzieniegdzie likwidując intruza. Nie ma to przełożenia na pakowanie niezliczonych ton ołowiu we wrogów, bowiem postanowiono dodać grze trochę więcej realizmu, niż w innego tego typu grach. Jak wiadomo, czasem trzeba jednak skorzystać z giwery i tutaj właśnie ujawnia się ów realizm. Gracz nie ładuje sobie na plecy kilku potężnych działek przed wyruszeniem na akcję, lecz decyduje się na tyle rodzajów broni, ile faktycznie byłby w stanie udźwignąć. Dodatkowo warto zauważyć, że gdy już pociąga za spust jest świadkiem niezwykle wiernego odwzorowania praw fizyki. Jak widać programiści nie nastawiali się na walkę, akcję czy bliżej nieokreśloną grywalność, lecz chcieli nam oddać produkt, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. I to się udało. Warto przy okazji również dodać, że w grze zaimplementowano system obrażenia ciała, więc trafienie w nogę tylko nie pozwoli przeciwnikowi się poruszać, zaś celny strzał w głowę pożegna go ze światem żywych raz na zawsze.
Przejdźmy teraz do kwestii oprawy audiowizualnej. Zacznijmy może od dźwięków. Wydawać by się mogło, że niestety, ale jednak nie – nie znajdziemy tutaj jakiejkolwiek ścieżki dźwiękowej, więc nie ma co liczyć na wsłuchiwanie się w dramatyczne kawałki, w równie dramatycznych momentach. Twórcy postanowili pójść bowiem o krok dalej i stworzyli fenomenalnej jakości efekty w postaci odgłosów wydawanych przez otoczenie. Wszelakiej maści strzały, wybuchy, eksplozje czy dźwięki, które słyszymy przy okazji przeładowywania poszczególnych rodzajów broni z pewnością zrobią wrażenie na każdym z nas. Nawet jeśli gra klimatem nie dorównuje Call of Duty, to i tak autorom tego aspektu należą się naprawdę duże brawa.
Jeśli chodzi zaś o grafikę, to tutaj rewelacji spodziewać się nie należy, lecz wcale nie jest tak źle. Wszystko działa rzecz jasna na silniku, który wcześniej napędzał UT2004 w wersji 2.5, zatem mamy do czynienia z wysokiej jakości teksturami, wiernie odwzorowanymi narzędziami zbrodni, ładnie wyglądającymi pojazdami, etc. Zastrzeżenia można mieć jednak do dwóch kwestii. Przede wszystkim niedopracowano animacji postaci, w efekcie czego ma się wrażenie, że żołnierze zachowują się niezwykle sztywnie. Druga sprawa to fakt, iż zmniejszenie liczby detali jest bardzo widoczne i najniższych gra wygląda wręcz tragicznie, natomiast na najwyższych, pomimo, iż nie zaserwowano nam żadnych wodotrysków, bardzo ciekawie. Wedle mnie skok nie powinien być aż tak widoczny.

Polskim wydawcą produktu jest firma Cenega, która wydaje grę w cenie 29,90 PLN, w ramach Rewolucji Cenowej, co należy zaliczyć na plus, bowiem RO w wersji Steam (a właśnie to jest główny kanał dystrybucyjny programu) kosztuje przeszło trzy razy więcej. Jednak gracze z nad Wisły otrzymują produkt nie tylko tańszy, ale i częściowo zlokalizowany, bowiem zdecydowano się przetłumaczyć wszystkie napisy. Ze swojego zadania wywiązano się wzorowo, aczkolwiek olbrzymim niedociągnięciem jest to, że nie umieszczono na pudełku informacji, że gra wymaga stałego połączenia z Internetem (aktywacja odbywa się poprzez Steam).
Red Orchestra: Ostfront 41-45 z pewnością nie jest produktem najwyższych lotów, aczkolwiek uroku nie można mu odmówić. Niezwykle dopracowane lokacje, ciekawe rodzaje broni, czołgi oraz szereg innych elementów przemawiają za kupnem tej produkcji zwłaszcza, że w Polsce kosztuje ona śmieszne pieniądze. Natomiast błędy czy niedociągnięcia o których wspomniałem nie powinny nikogo razić na tyle, by nie zainteresował się tym tytułem. Bo warto, naprawdę, zwłaszcza że jego twórcy robili wszystko z czystej pasji, bez chęci zarobienia pieniędzy. Raczej chcieli odnieść komercyjny sukces i zostać zauważeni. To się im z pewnością udało. Ciekawe tylko, czy teraz zajmą się kolejną grą, czy raczej rozejdą się do większych firm. Czas pokaże.