Zew Juarez
Jednym z dwóch głównych bohaterów jest, porzucony i znienawidzony przez społeczeństwo, osiemnastoletni chłopak o imieniu Billy (chociaż wołają na niego Świeca). Pragnął zdobyć bogactwo i znaleźć legendarny skarb Juarez (który prawdopodobnie był okupem wyznaczonym za Montezumę), czego nie dokonał. Po powrocie do rodzimego miasteczka Hope znalazł podziurawioną matkę i ojczyma. Tutaj do akcji wkracza wielebny Ray, obecnie pastor, a dawniej awanturnik i zabijaka. Ojczym Billy’ego był jego bratem nic więc dziwnego, że zastając chłopaka w takiej sytuacji okrzyknął go mordercą i ruszył w pościg, by wymierzyć „sprawiedliwość”. I właśnie tak toczy się cała gra – uciekamy jako Billy, a następnie go gonimy (po tych samych etapach, ale często inną drogą) Rayem, aby na końcu poznać całą prawdę o złocie Juarez i dowiedzieć się, kto za tym wszystkim stoi. Może i nie jest to fabuła najwyższych lotów, ale jak na pierwszoosobową strzelankę jest w sam raz i potrafi zachęcić gracza do siedzenia przed monitorem i poznania całej historii.
Dwie postaci – dwa gameplaye
To, którą postacią aktualnie sterujemy ma zasadniczy wpływ na rozgrywkę. Pastor posiada zbroję, która czyni go niemal terminatorem, więc gra nim przypomina po prostu jatkę. Większość etapów polega zwyczajnie na wybiciu w pień kolejnych hord pseudokowbojów, a naszym głównym wrogiem tak naprawdę jest zapas amunicji i wytrzymałość uzbrojenia. Tak, tu nie ma błędu, nasza broń pod wpływem nadmiernej eksploatacji ulega przegrzewaniu i niszczeniu (o czym z czasem informuje świecąca na czerwono ikonka – nie da się tego uniknąć), żeby w rezultacie w ferworze walki wybuchnąć nam w dłoni. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby znaleźć sobie zastępczą. Standardowo Ray może używać dwóch rewolwerów (sześciostrzałowych), strzelby, karabinu snajperskiego lub myśliwskiego. Niektóre etapy umożliwiają użycia stacjonarnego karabinu, co czyni z nas prawdziwego żniwiarza. Pastor potrafi posłużyć się także biblią i wyrecytować jej fragment, aby zdezorientować wroga. Przynajmniej w teorii – w praktyce nigdy mi się to nie udało.

Najmocniejszym atutem Raya jest swoisty bullet-time. Jak Dziki Zachód to i wprawni rewolwerowcy. Co prawda już o tym pisałem przy okazji zapowiedzi, ale na wszelki wypadek krótko przypomnę. Po naładowaniu trybu koncentracji (zwykle trwa to jedynie kilka sekund) możemy szybko wyciągnąć oba pistolety z kabury i w zwolnionym tempie wybić ogłupiałych wrogów. Wygląda to rewelacyjnie i w praktyce często potrafi uratować graczom skórę. Czasem jednak nad celność musimy przełożyć szybkość oddawania strzałów, a wtedy z pomocą przychodzi możliwość użycia tylko jednego rewolweru, ale za to oburącz, co dramatycznie zwiększa szybkość wystrzeliwania kul.
Po drugiej stronie barykady stoi uciekinier Billy. Lubi on wpadać w kłopoty i to właśnie my musimy go z nich wyciągać. Jest on pewnym odbiciem Raya, wątły chłopak nie mający większego doświadczenia w walce, nawet nie próbuje przeciwstawić się pastorowi, gdyż zna swoje możliwości (albo przynajmniej tak mu się wydaje). Nie nosi on także żadnego pancerza, co czyni z niego kiepskiego wojownika – jedna porządna salwa potrafi zakończyć grę. Dlatego też… jego taktyką jest unikanie walki. Moim zdaniem jest to najsłabszy element gry i wrzucony na siłę, by urozmaicić gameplay. W bardzo wielu etapach musimy czekać na odpowiedni moment, by za plecami przeciwników przedostać się do następnego krzaka. Jest to niezwykle frustrujące! Nie lubię czaić się w zaroślach, gdy płacę za grę akcji - tych elementów jest tu zdecydowanie za dużo, na szczęście są mocno zależne od skryptów, więc da się wyuczyć na pamięć. Może niektórzy z was pamiętają, jak przy okazji bety narzekałem na wygórowany poziom trudności skradania przy okazji pierwszej misji. I teraz dam głowę uciąć (Pepsiego), że autorzy obniżyli ogólny poziom trudności. W finalnej wersji programu przeciwnicy znacznie częściej „odpuszczają” – i dobrze. Również zmalał poziom skomplikowanie walk. Przyznam się szczerze, że w obu przypadkach (beta i retail) grałem na niskim poziomie trudności z uwagi na krótki deadline w oddaniu tekstów. Jednak dopiero teraz „niski” oznacza „niski”. Co prawda zginąć wciąż się da, ale bardziej wprawionym graczom polecam rozpocząć rozgrywkę od średniego.

Główną bronią Billy’ego jest bicz oraz później łuk. Oczywiście może się posługiwać również bronią palną, ale robi się to dość rzadko. Wykorzystanie bicza jest kluczowym elementem niemal we wszystkich jego etapach (ten na Orlej Górze przypomina Indianę Jonesa lub inną Larę Croft), gdyż za jego pomocą może się chwytać wystających przedmiotów – głównie drzew – i podciągać wyżej lub przehuśtać się na drugą stronę. Chłopak jest także bardziej sprawny od Raya, więc dostanie się na wyżej położoną płaszczyznę nie dostarcza mu już takich problemów. Autorzy genialnie zaprojektowali element strzelania z łuku (szkoda tylko, że tak na dobrą sprawę korzystamy z niego jedynie dwa razy, z czego raz… strzelając do królików). Naciągnięcie cięciwy spowoduje spore przybliżenie ekranu z jednoczesnym spowolnieniem, co pozwala nam w miarę spokojnie wymierzyć i oddać precyzyjny strzał, by zobaczyć, jak efektownie potrafi upaść wróg ze strzałą w głowie.
Pozostając na chwilę przy kwestii walki, Techland postanowił wprowadzić system, który nie pozwala się „rozwinąć” małym sadystom. Mianowicie, każde zabicie niewinnej osoby, konia czy nawet zbezczeszczenie martwego ciała natychmiast przerywa grę. Zresztą i tak jest to dość trudne, ponieważ celownik zostaje w takim przypadku automatycznie zablokowany – nie mniej, czasem się udaje.
Dziki Zachód jak ta lala
Autorzy bardzo poważnie podeszli do tej niestandardowej w grach komputerowych tematyki. Nie zabrakło niczego, co znamy z filmów – spelunek, saloonów, kowboi, dziw… prostytutek, znaczy się, dyliżansów i pojedynków. Tak, są i te. Czasem zostajemy wyzwani na pojedynek na śmierć i życie. Wygląda to tak, że na ekranie widnieje zegar odliczający sekundy. Gdy wskaże 0, należy przy pomocy myszki jak najszybciej wyciągnąć broń z kabury, wymierzyć i zastrzelić delikwenta. No, w każdym razie szybciej, niż on. W kilku etapach dosiądziemy również grzbietu wiernego wierzchowca, ale tak naprawdę tylko jeden z nich wzbudza większe emocje – pogoń za uciekającym dyliżansem. Podczas jazdy na złamanie karku często musimy zmusić rumaka do galopu, co może doprowadzić do skrajnego wyczerpania, a w rezultacie jego śmierci, a więc i końca gry. Podczas jazdy nierzadko należy bardziej skupić się na walce niż na drodze, celne oko w trakcie jazdy konnej jest niezwykle wskazane. Łatwo więc zauważyć, że chociaż jest to dość zwyczajny shooter to posiada on bardzo wiele elementów nie pozwalających nam zasnąć z nudów.

Podczas przemierzania czternastu epizodów zawartych w produkcji możemy się rozejrzeć za listami gończymi przedstawiającymi facjaty osób maczających palce w CoJ. Jest to dość sympatyczny element, chociażby dlatego, że można się przynajmniej uśmiechnąć – Techland sobie nie żałował, zjechał wszystkich równo. Ot, choćby – bodaj – grafika nazwano „słowem: małpolud”, a dźwiękowca oskarżono o „zjechanie” wszystkich dźwięków i muzyki z innej produkcji. Brawa za takie odważne (niekumatym dodam, że to oczywiście jest na żarty) słowa.
W produkcji umieszczono także tryb multiplayer, jednak z uwagi na to, że testowałem grę przed oficjalną premierą serwerów było naprawdę mało, a tych stabilnych jeszcze mniej. Przez tę chwilę gry mogę jednak powiedzieć, że z pewnością nie jest to fuszerka. Najciekawiej prezentuje się zabawa w „policjantów i złodziei” (tutaj bandytów i szeryfów), w której jedna drużyna musi wynieść złoto, a druga do tego nie dopuścić. Wprowadzono także podział na klasy postaci – strzelców, snajperów, górników (sic!) i rewolwerowców. Różnią się one jedynie dostępnym uzbrojeniem i wyglądem.
Grafika i te pierdoły
Autorzy wprowadzili bardzo dobry silnik fizyczny. Trafieni przeciwnicy zawsze ułożą się zgodnie z prawami fizyki, wylecą przez balustradę i tak dalej. Mniejsze i lżejsze przedmioty możemy również przenosić, a często jest to nawet konieczne, aby przedostać się dalej. Poprawiono ich zachowanie w momencie chwycenie w dłonie, w becie zachowywały się gorzej i często szpecąco.
Muzyka to świetne kawałki odgrywane na gitarze pasujące jak ulał do tematyki. Speeche również są niezłe, ale czasem się powtarzają (jest to szczególnie dokuczliwe podczas jednego etapu, gdzie niemal non stop śpiewano „oh my darling”). Największe zastrzeżenia mam do bardzo słabej animacji naszej postaci. Generalnie lubię w grach pierwszoosobowych, gdy patrząc kamerą w dół widzę swoje nogi. Tutaj niestety, wygląda to bardzo sztucznie, zaś śmiechem na sali jest zachowanie tułowia podczas pływania, a stoi ono sobie pionowo, jak podczas biegu… Pochwalam pomysł, ale przy kiepskiej realizacji powinni raczej z tego zrezygnować.

Grafika to prawdziwy majstersztyk, który pokazuje, co znaczy HDG. Wprowadzono tutaj wszystkie najnowsze zdobycze grafiki komputerowej. Piękne plenery, dokładne modele, efekty świetlne, niestety to wszystko jest powiązane z wysokimi wymaganiami sprzętowymi. Jako absolutne minimum podam informacje z pudełka: Athlon 2400, 512 MB RAM i Radeon 9800 PRO. Oczywiście taka konfiguracja umożliwi zabawę w niskiej rozdzielczości i ilości detali. Nawet przy jednym gigabajcie RAM poziomy ładują się bardzo długo (choć zauważalnie szybciej niż w becie!) i lubią się doczytywać w trakcie misji. Może pamiętacie, jak wspominałem przy okazji zapowiedzi, że część etapów jest niezoptymalizowana, bo reszta działa wyraźnie szybciej? Na szczęście w finalnej wersji wszystko działa z odpowiednią prędkością, ale wciąż na słabszej maszynie lepiej do tego nie podchodzić.
Bili Świeca i Wielebny Rej
Techland zdecydował się wydać w Polsce grę z napisami, przez co teksty zostają po angielsku. I w sumie dobrze, ale mam kilka zastrzeżeń. Zostawmy instrukcję, która zawiera jedynie podstawowe informacje i zajmijmy się grą. Napisy bardzo często są niezgodne z tym, co słyszymy. Sens pozostaje – mniej więcej – ten sam, ale przekład nie jest zgodny. Często dopisane są zdanie, których postaci nie wymawiają. W sumie szkoda, bo osobiście uważam, że oryginał brzmi lepiej. Również czasem przeholowano z ilością wykrzykników, a zdania kończące się na „?!!!” nie są rzadkością. Bardzo nie podoba mi się zwracanie w grach do WROGICH postaci z wielkiej litery, a tu raz czy dwa napotkałem i taki smaczek. Bardzo dobrze, że czasem przeczytamy kilka mocnych zdań, które nie nadają się dla osób poniżej 18 roku życia. Dodaje to grze pikanterii.
Reasumując, CoJ to świetna pozycja , która z pewnością wciągnie cię aż do samego końca. Uważam, że na tę chwilę jest to najlepsza polska produkcja oraz najlepszy shooter tego roku. Jeśli dodamy do tego całkiem korzystną cenę to z pewnością otrzymamy „must have”.