Przeciętny obywatel USA pracujący na dobrym stanowisku, z cudowną, sielankowa rodziną – istny „American Dream” zostaje zaatakowany przez „tych złych”. Chcą od niego pieniędzy, biorą za zakładników jego rodzinę, doprowadzają go do strasznego gniewu. Wtedy z szaraka rodzi się „American Hero” – zabija niczym rasowy morderca, choć wcześniej nie miał w ręku broni, mści się na oprawcach i ratuje rodzinę. Wszystko to z troską, żeby dobry adwokat wybronił go w sądzie. Tak w skrócie wygląda fabuła thrillera „Firewall”.
Jack Stanfield (Harrisom Ford) prowadzi dostatnie życie, razem z żoną i dwójką dzieci. W banku, w którym pracuje odpowiada za system ochrony i jest w stanie go sobie całkowicie podporządkować. Wykorzystuje to Bill Cox (Paul Bettany), który wraz z pomagierami więzi w domu całą rodzinę i zmusza Jacka do przelania na jego konta potężnej kwoty z banku. Jack nie ma wyboru i współpracuje, jednak kiedy Bill chce wrobić go dodatkowo w kilka zabójstw, nie wytrzymuje i zaczyna walczyć o porwaną rodzinę i własną godność. Scenariusz autorstwa Joego Forte, który ma bardzo mało doświadczenia w branży, nie jest zły. Jego główną wadą jest wtórność, bowiem Firewall składa się z utartego schematu, znanego w amerykańskim kinie od lat do tego stopnia, że raczej nuży niż wciąga. Widać doskonale wiedział to Harrison Ford, bo zagrał tu bardzo średnio. Jest przekonujący, zdarzy mu się nawet powiedzieć kilka zabawnych, typowych dla niego kwestii, ale nic ponadto – ot dobrze wykonana robota. Jego filmowy przeciwnik – Paul Bettany bardziej przekonywująco wcielił się w rolę „tego złego”. Dobrze oddał bezwzględność i determinację, które zaczynają wyciekać spod maski obojętności. Niestety portret psychologiczny Coxa jest bardzo ubogi – nic nie tłumaczy jego bezwzględności i okrucieństwa, przez co postać traci w oczach widza. Osobiście spodobał mi się charakterystyczny, angielski akcent tego obiecującego aktora, którego zobaczymy w murowanym hicie – Kodzie Da Vinci.
Za reżyserię odpowiada Richard Loncraine, który ma już pokaźny dorobek na swoim koncie. W Firewall dobrze pokierował zespołem i umiejętnie budował napięcie, nawet mimo słabego scenariusza. Jak na thriller przystało tak i ten film trzyma w napięciu, nawet mimo przewidywalności. Podkreśla to muzyka autorstwa Alexandre Desplata, który ma doświadczenie z utworami dla tego gatunku. Mroczne takty wybuchają, kiedy wzrasta napięcie i podkreślają determinację głównych bohaterów. Bardzo dobre są także zdjęcia, zwłaszcza ujęcia domu Stanfieldów, w którym bardzo dużo się dzieje. Mimo całego szacunku dla Harrisona Forda muszę przyznać, że nie potrafi już grać dynamicznych co bardziej dynamicznych ujęciach, ani walczyć. 64-letniemu aktorowi nie wypada już grać w takich scenach, bo wygląda po prostu nieprzekonująco. Pod względem technicznym, przeciwnie niż merytorycznym, nie ma jednak co zarzucić Firewall’owi – „wygląda i gra ładnie”.
Mimo wszystkich zalet Firewall pozostaje filmem tylko dobrym. Solidna praca ekipy zeszła na dalszy plan przez słaby i wtórny scenariusz. 105 minut spędzone w kinie podczas projekcji filmu to nie zmarnowany czas, ale można wykorzystać go lepiej. Polecam jednak tą produkcję, chociażby z powodu dwóch bardzo dobrze obsadzonych głównych ról – starego wyjadacza Forda i „młodzika”, o którym jeszcze usłyszymy.
Ocena: 7/10