Filmowe adaptacje komiksów to w ostatnich latach trend, który zaczyna się przejadać. Żeby „komiksowy film” miał większe walory trzeba wiele zachodu i oryginalnego pomysłu, zamiast milionowych budżetów. Choć najsłynniejsze komiksy zostały już zekranizowane, to pozostało kilka mniej znanych, ale znakomitych obrazkowych historyjek, które potrafią zgromadzić tłumy przed ekranem. Tak właśnie jest w przypadku V jak Vendetta.
Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, w Anglii, a konkretniej w Londynie. Świat nie jest taki, jak nam znany – w wyniku wojny USA zaczęło podupadać, a Wielka Brytania urosła w siłę. W Zjednoczonym Królestwie nie dzieje się jednak dobrze – skorumpowany i bezlitosny reżim rządzi twardą ręką. Uciśnieni obywatele mają jednak na kogo liczyć – tajemniczy terrorysta V (Hugo Weaving) daje nadzieje na wolność i bezpardonowo walczy z rządzącą elitą. Pomaga mu w tym Evey Hammond (Natalie Portman) – córka opozycyjnych działaczy. Ukazana w filmie walka ma charakter ideologiczny, ale nie brak także akcji. V – odziany w maskę Guya Fawkes’a – zamachowca, który w akcie sprzeciwu chciał wysadzić gmach brytyjskiego Parlamentu w roku 1605, jest prawdziwym człowiekiem renesansu. Idealista, humanista i wielbiciel sztuki z całego serca pragnie zemsty, tytułowej Vendetty na zbrodniarzach bezlitośnie rządzących krajem. Evey zmienia jego poglądy, gdyż widzi w nim człowieka, a nie potwora. V staje się symbolem nadziei dla własnego narodu, który zaczyna walczyć o własne prawa.
Bogactwo filmu tkwi w jego głównych postaciach, zresztą świetnie zagranych przez znanego z trylogii Matrix i Władcy Pierścieni Hugo Weavinga i bohaterkę Leona Zawodowca czy nowych epizodów Gwiezdnych Wojen Natalie Portman. Weaving urzekł mnie swoim dźwięcznym, głębokim i jakże inteligentnym głosem. Kreowana przez niego postać bowiem nie zdejmuje maski, ale ma bardzo wiele do powiedzenia. Natalie Portman również wspięła się na wyższy poziom aktorstwa, przynajmniej w porównaniu z poprzednimi rolami. Cierpienie tak fizyczne i psychiczne potrafiła pokazać przekonująco, a uczucie jakim obdarzyła V jest bardzo romantyczne. Film sygnuje rodzeństwo Wachowskich, którzy odpowiadali za bardzo dobry scenariusz. V jak Vendetta, jak przystało na adaptację komiksu ma także wartką akcję i malownicze widoki Londynu. Choreografie walk nie byłyby tak widowiskowe, gdyby nie bardzo dobre zdjęcia. Nie zabrakło także rewelacyjnych wybuchów i innych efektów specjalnych przy taktach muzyki klasycznej. Doprawdy piorunujące wrażenie. Godna pochwały jest także symfoniczna muzyka Dario Marinelliego. Reżyser James McTeigue spisał się bardzo dobrze kreując realistyczną i przerażającą wizję przyszłości z dwoma rewelacyjnymi bohaterami, choć to właściwie jego debiut na wielkim ekranie.
V jak Vendetta ogląda się bardzo dobrze – film nie przynudza, a oferuje dobrą rozrywkę. Choć jest trochę naiwny, co jest raczej naturalne dla wielkich, widowiskowych produkcji, to odróżnia się od innych komiksowych adaptacji z idealizowanymi, pustymi superherosami ratującymi świat. V to nowy typ bohatera, idealisty skażonego zemstą, walczącego nie za cały świat, a ciągnącego do walki „tylko” własny naród.
Ocena: 9/10