|
Zgodnie z prawem rynku każda produkcja filmowa powinna mieć magnes na widzów, coś, co wyróżnia ją wśród innych i sprawia, że widz udaje się na seans z zaciekawieniem. W przypadku „Hostelu” takim czynnikiem są brutalne, naturalistyczne sceny i podpis Quentina Tarantino, czyli tak samo, jak liczba emocji podczas oglądania filmu – zbyt mało.
Dwóch Amerykanów i Islandczyk po ukończeniu szkoły wyrusza w podróż po Ameryce. Kiedy Paxtonowi, Joshowi i Oliemu znudził się Amsterdam w poszukiwaniu mocniejszych wrażeń udają się na Słowację, do poleconego hostelu, gdzie podobno młode kobiety lgną na obcokrajowców z niezwykłym urokiem. Poznane tam Natalia i Swietłana zdają się potwierdzać ten stan rzeczy, jednak sytuacja zaczyna przerażać przybyszów zza wielkiej wody, kiedy bez śladu znika ich europejski kolega. Tylko jednemu z trójki młodych i głupich udaje się uciec z wynaturzonego świata pełnego chorych sadystów i marności życia, które ma bardzo niską cenę.
Pierwszym, co rzuca się w oczy w czasie oglądania „Hostelu” jest przerażająca wizja wschodniej części Europy. Słowacja z powodu zniszczeń wygląda zaraz jak po wojnie, a ludzie kierują się najniższymi instynktami. Przerażająco wyglądają nawet dzieci – biedne, brudne i obdarte nie cofną się przed niczym za garść łakoci. Typowego Amerykanina o niskim ilorazie inteligencji, co większość mieszkańców USA może zastanawiać, ale przynajmniej dla Polaków, sąsiadów Słowacji to bulwersuje i zastanawia, jak reżyser Eli Roth ukazałby Polskę. Jeśli samo tło dla historii można potraktować ulgowo, o tyle samą fabułę trzeba już ocenić porządniej. Przez pół filmu wydarzenia zmierzają do ukazania kilku brutalnych, sadystycznych scen z odcinaniem członków ciała i torturowaniem w roli głównej. Gdyby chociaż bohaterowie zachowywali się racjonalnie nie dając się zwieść w pułapkę, to może fabuła miała by trochę sensu. Jedynie wykreowany przez Jaya Hernandeza Paxton ma typowe Amerykańskie „jaja” i udaje mu się uciec, a nawet zemścić na jednym z oprawców. Typowego Jankesa, na co dzień przeciętnego, ale w potrzebie prawdziwego bohatera Hernandez nie uratował – to postać bez wyrazu. Reszta bohaterów dość szybko znika nam z oczu i nie drażni pozbawionym sensu zachowaniem. Film trwa niewiele ponad półtorej godziny – choć na ukazanie tak prostej i prostackiej historii wystarczyłby ułamek tego czasu.
Quentin Tarantino to prawdziwy mistrz, ceniony przez wielu, jednak podpisując się pod tym filmem zbezcześcił swoje imię. „Hostel” Eli Rotha to bowiem film płytki, gdzie jedyną atrakcją może być chora przemoc, która spodoba się zbyt mało licznej grupie, aby uznać ten film za udany. Eli Roth z pewnością uraził mieszkańców wschodniej Europy ukazując realia w tak uproszczony sposób, ale także widzów pokazując im wtórny i zwyczajnie kiepski film.
Ocena: 4/10
Jakub "Fan_SW" Grzęda 16 kwietnia 2006 r.
|