|
Zgrabna, piękna i uwodzicielska, wysportowana, zwinna, szybka i zabójcza. Nie, to nie Lara Croft, lecz Aeon Flux – bohaterka serialu MTV i przeniesionej na wielki ekran produkcji pod niezbyt odkrywczym tytułem „Aeon Flux”.
W filmie widzimy kolejną wizję przyszłości, która klimatem podobna jest do filmu „Equilibrium” – bezlitosny reżim ogranicza do minimum prawa swoich obywateli żyjących w strachu i niepewności. Trevor Goodchild to tylko z pozoru dyktator jedynego ocalałego osiedla ludzkiego – Bregny, jest bowiem naukowcem na tropie do wybawienia ludzkości wyniszczonej przez zabójczy wirus. Przeszkadzają mu w tym jego doradcy, ale także rebeliancka organizacja Monican, która wysyła swoją najlepszą agentkę – Aeon, aby go zgładziła. Kiedy młoda zabójczyni odkrywa prawdę staje przed poważnymi rozterkami, musi podjąć decyzję komu zaufać i jak dalej postępować.
Aż żal mi pisać, że film jest nijaki. Pozornie dobry, choć już trochę zbyt wyeksploatowany temat, mizerne walki i kiepska gra aktorska to nie przepis na udany film. Karyn Kusama, młoda, amerykańska „reżyserka” musi jeszcze dużo popracować nad warsztatem, bo w Aeon Flux się nie popisała. Historia została spłycona do minimum tak, aby pokazać najbardziej efektowne sceny walk. Scenariusz autorstwa Phila Haya zbyt szybko odsłania wszystkie karty, trzyma w napięciu przez góra 1/3 filmu, a i to tylko mało domyślnych widzów. Muzyki, po którą podpisuje się Graeme Revell prawie się nie słyszy i na pewno nie wspomina po oglądaniu filmu. Przy recenzowaniu „Aeon Flux” warto zatrzymać się tylko przy opisie gry aktorów, bo tylko tutaj występują znane szerszej publiczności nazwiska. Rola tytułowej bohaterki przypadła Charlize Theron i nie sposób przyznać, że dobrze się spisała. Nie jest to zresztą wielka sztuka – bohaterka zbyt rozmowna nie jest, a jej specjalizacją jest walka, bardzo efektowna zresztą. Charlize nie wymigiwała się od niej i sama wykonała wiele kaskaderskich trików. Choć odtwarzający rolę tajemniczego Trevora Goodchilda Marton Csokas też miał niewiele do zagrania, to wyszło mu to przynajmniej tak dobrze, jak o wiele bardziej doświadczonej koleżance. Spłycenie fabuły do tak zastraszająco niskiego poziomu mogłoby nie rzucać się tak w oczy, gdyby dobra choreografia walk. Potyczek, tych fizycznych, nie słownych jest w filmie całe mnóstwo, ale nienajlepiej ukazane przez podążającą kamerę straciły sporo z widowiskowości, pogrążając film na samo prawie dno. Nie podnoszą go nawet bardzo gustowne dekoracje, ani przyzwoite efekty specjalne i generowane przez komputer widoki futurystycznej Bregny. Odnoszę wrażenie, że przy produkcji „Aeon Flux” nikt się nie starał, czego efektem jest niskich lotów film, który z pewnością nie będzie pamiętany przez pokolenia. Pogrążyć go może już chyba tylko sequel.
Aeon Flux to kiepska pod każdym względem, maksymalnie spłycona rozrywka, zajmująca na szczęście tylko około 93 minuty. Podobać może się tylko zajadłym fanom serialu mało znanego w Polsce, na podstawie którego powstała, lub znudzonym nastolatkom o niskich wymaganiach.
Ocena: 2/10
Jakub "Fan_SW" Grzęda 16 kwietnia 2006 r.
|