Recenzja: Devil Kings

Autor: Adam "Misiek" Woźny
Opublikowano: 17 marca 2006 r.

Devil Kings - recenzja

Moje pierwsze spotkanie z grą Devil Kings nie trwało zbyt długo. Założenie było zupełnie inne, lecz w praktyce zorientowałem się z czym mamy do czynienia i odpuściłem. Gra wydawała się typową młócką, jakich pełno na rynku. Później, gdy do zabawy powróciłem po paru dniach, stwierdziłem, że nadal mam do czynienia z siekaniną. Jednak jest ona niczego sobie. Gra, pomimo swojej prostoty, potrafi przykuć do konsoli na naprawdę długie godziny. Oczywiście nie wszystkich graczy, lecz tych mniej wymagających, którzy nade wszystko cenią grywalność i prostotę.
Ostatnimi czasy napłynęło do mnie kilka gier od korporacji Capcom na PlayStation 2, które zrecenzowałem na łamach niniejszego serwisu. Niestety, z produkcji na produkcję było co raz gorzej. Teraz, gdy dotarła do mnie kolejna gra – właśnie omawiany tu Devil Kings – nie spodziewałem się jakiś rewelacji, lecz chociaż zabawy na przyzwoitym poziomie. W sumie nie zawiodłem się. Muszę przyznać, że programiści wymienionej wyżej firmy developerskiej, wychodzą na prostą, ale nadal tworzą – wyłączając czwartego Resident Evil – mało ambitne tytuły, którym śmiało można przyczepić etykietkę „gra od lat osiemnastu, przeznaczona dla nastolatków, kupujących ją na bazarze”. Bo w każdej z nich jest mnóstwo sieczy, trupów, gdzieniegdzie krwi, etc. Czyli wszelako pojęta przemoc pełną gębą.

Z pozoru mamy do czynienia z kolejną zwyczajną produkcją, jednakże bardziej zaawansowani gracze bez trudu powinni zauważyć ewidentne nawiązania parodiujące serie Dynasty Warriors i Samurai Warriors. Do wyboru mamy kilkoro bohaterów, w tym m.in. dziewczynkę imieniem Anime, wyposażoną w młot bojowy, kolesia – zabójcę z kosami, gejsza uzbrojonego w dwie giwery czy samuraja z sześcioma katanami. Postacie są tylko wprowadzeniem do właściwego humoru zawartego w grze. Ten w całości został ukazany w fabule. Bowiem każdy z bohaterów jest rządny władzy nad światem. Również kolejny z herosów – Venus, który aby dopiąć swego ma za zadanie zabić pewnego generała, jednakże na jego drodze pojawia się pewien problem. Otóż Venus zakochuje się w swojej potencjalnej ofierze. Fenomenalnie zostało to ukazane, bowiem do tego wszystkiego, programiści pod koniec filmiku postanowili zasypać ekran telewizora różami. Ostatnim bohaterem jest Scorpio, wojownik ninja, który rozprawia się sam z całą armią przeciwników i przychodzi następnie do swojego dowódcy, a tam... Zresztą sami zobaczycie. Szczególną uwagę zwróćcie na cut-scenki. Ich wykonanie merytoryczne i techniczne prezentuje naprawdę wysoki poziom (jednak szczególnie w pierwszej z wymienionych przeze mnie kwestii).

Sama rozgrywka z pozoru nie zachwyca, ale sami się przekonacie, że w istocie jest zupełnie inaczej. Otrzymujemy teren do wykoszenia i po kolei odwiedzamy kolejne miejsca, w których znajdują się wrogowie (informuje nas o tym radar). Następnie autorzy chcąc nadać grze nieco elementów RPG, wzbogacają naszą postać o punkty doświadczenia a także dają możliwość zebrania przedmiotów, które powypadały z ciał zabitych wrogów. Wraz ze wzrostem punktów doświadczenia. otrzymujemy m.in. nowe ataki.

Oczywiście w grze nie doszukacie się nawet fragmentu realizmu (no może poza anatomicznym poruszaniem się postaci :-P), bowiem tylko i wyłącznie autorzy nastawili się na grywalność. Zatem na porządku dziennym jest tutaj zabijanie hordów nieprzyjaciół i to w ogromnych ilościach. Dwucyfrowe liczby pokonanych wrogów? Zwykle nie. Trzycyfrowe – zazwyczaj. Niekiedy dobijamy nawet do 1000 zabitych przeciwników! Oczywiście osobnicy do eksterminacji różnią się od siebie, zatem mamy do pokonania wojowników z mieczami czy włóczniami, kawalerię oraz postaci naprawdę wyjątkowe. Mianowicie osobnicy z maczugami niewyobrażalnych rozmiarów, z toporami czy po prostu ninja. Nie zabrakło również takiej atrakcji do pokonania, jak... drewniany czołg.

Wspomnę za moment o wyglądzie poziomów, który sam w sobie woła o pomstę do nieba, aczkolwiek inaczej ma się sprawa z różnorodnością etapów. Otrzymujemy bowiem zarówno tereny górzyste, nizinne, zaśnieżone, a także tropiki czy bagna. Są tereny zamknięte (zamki), jak również otwarte przestrzenie. Zależnie od tego, w którym etapie będziemy, to na naszej drodze napotkamy całkowicie innych wrogów do pokonania. Pojawią się m.in. egipscy rycerze, jak i japońscy wojownicy. Unicestwianie ich jest niezwykłą przyjemnością. Mamy do wyboru co prawda znikomą liczbę podstawowych ataków, jednakże możemy je łączyć, tworząc różnorakie kombosy, co daje naprawdę ciekawe efekty.

Devil Kings samo w sobie nie jest pozycją trudną. Na pewno nie na początku, kiedy to pchamy się pod wrogą broń i cały czas atakujemy, gdzieniegdzie zbierając kolejne punkty zdrowia. W efekcie prowadzi to do tego, że możemy przez całą planszę przebiec, a stracone życie i tak da się w każdej chwili uzupełnić. Poza tym wrogowie nie zadają jakiś wielkich obrażeń, więc o śmierci bohatera mowy być nie powinno. Problemy w tej kwestii mogą, ale nie muszą, pojawić się dopiero wówczas, gdy naprawdę mocno zagłębimy się w świat gry.

Chyba najgorszym elementem całości jest oprawa wizualna. Ewidentnie widać, że graficy spartolili tę kwestię w zupełności. Gdyby nie pozostałe elementy, które mocno ratują omawiany produkt, miałbym wrażenie, że mam do czynienia z naprawdę niskobudżetowym tytułem. Jednak braki te ratują efekty oraz modele postaci, które co prawa na ekranie widzimy przez moment, bo jak najszybciej się ich pozbywamy. Tereny, po których biegamy niszcząc kolejne tuziny wrogo nastawionych bestii są niezwykle ubogie. Tekstury sprawiają wrażenie, jakby gra powstawała kiedyś na PS One, a doładowywanie się elementów terenu w produkcji wydanej w 2006 roku, nie powinno mieć miejsca.

Bardzo dobre wrażenie robi muzyka, którą słyszymy w tle podczas zabawy. Nadaje ona grze dynamiki, natomiast głosy postaci są podłożone całkiem znośnie. Niekiedy można się nieźle ubawić, słysząc odgłosy wydawane przez przeciwników, kiedy ich zabijamy lub zabieramy cenne punkty zdrowia. Ogólnie rzecz biorąc sfera audio w grze Devil Kings jest naprawdę solidnie wykonana. Co bardzo dziwi, bowiem to typowa siekanina, a tu proszę – Capcom tak mocno przykłada się do tego elementu.

Nowej grze Capcomu, czyli omówionemu w niniejszym tekście Devil Kings, nie można odmówić tego, co w takich produkcjach jest najważniejsze, czyli radości napływającej z pokonywania kolejnych poziomów, walki z bossami, zbierania bonusów, etc. W dodatku, pomimo nędznej oprawy wizualnej i o dziwo fenomenalnej ścieżki dźwiękowej, gra się niezwykle przyjemnie. Momentami potrafi zadziałać jeszcze syndrom „ostatnia plansza”, co powoduje oczywiście zarwanie kolejnej nocy przy konsoli. Nie polecam tej produkcji bardziej wymagającym użytkownikom, lecz tym graczom, którzy chcą się po prostu odstresować z padem w ręku.

Adam "Misiek" Woźny