Turum, turum, turum turum turum turururuuuum... Te pomrukiwania mogą oznaczać tylko jedno – Różowa Pantera powraca! Nowa, odświeżona, jednak oparta na starych, dobrych schematach. Dobrych przynajmniej dla tych, których do tej pory śmieszyły przygody inspektora Clouseau i jego wielkiego przeciwnika, Dreyfussa.
Mecz barażowy pomiędzy Chinami a Francją o wejście do Mistrzostw Świata. Gorąca atmosfera na trybunach, służby bezpieczeństwa kierowane przez Dreyfussa w najwyższej gotowości, dramaturgia na płycie boiska. Trener reprezentacji Francji pokazuje kibicom Różową Panterę – bezcenny klejnot, będący zarazem symbolem zwycięstwa. Na widowni siedzi także narzeczona trenera, Xania. W końcu nadchodzi kluczowy moment spotkania – dogrywka. Francuzi zdobywają zwycięskiego gola i cały stadion wybucha szałem radości. Piłkarze, dziennikarze oraz Xania otaczają trenera, gdy ten nagle osuwa się martwy na ziemię. Różowa Pantera znika, a dla Dreyfussa jest to doskonała okazja do zdobycia wymarzonego orderu. Wymyśla on chytry plan – sprowadzić najgorszego policjanta w całej Francji i powierzyć mu rozwiązywanie zagadki kryminalnej. Tym policjantem jest oczywiście Jacques Clouseau. Dostaje on do pomocy śledczego Pontona, który zdaje relacje ze wszystkich poczynań inspektora Dreyfussowi. Ten z kolei ma czas na własne śledztwo i odkrycie zbrodniarza, a zarazem złodzieja bezcennego klejnotu.

Fabuła jak żywa przeniesiona ze średniego filmu kryminalnego. Nie o nią jednak najbardziej chodzi, jeśli wziąć pod uwagę Różową Panterę. Film ma przede wszystkim bawić – w końcu to komedia. I muszę przyznać, że ze swej roli na tej płaszczyźnie wywiązuje się znakomicie. Humor zarówno sytuacyjny, jak i ten w dialogach stoi na wysokim poziomie i jest on charakterystyczny dla filmów z Różową Panterą w tytule. Trzeba jednak pamiętać o tych, którzy do tej pory nie śmiali się z perypetii inspektora Clouseau – im radzę omijać film szerokim łukiem. Wiadomo, różni ludzie – różne poczucie humoru. Mnie na szczęście tego typu humor jak najbardziej przypadł do gustu. Potrafi doskonale odprężyć człowieka po tygodniu ciężkiej pracy.
Trzeba jednak trochę ponarzekać. Zupełnie nie zgadzam się z doborem aktorów. Steve Martin w roli Jacque’a Clouseau według mnie zupełnie nie pasuje. Myślałem, że z biegiem filmu przyzwyczaję się do niego, jednak tak się nie stało. Również Kevin Kline w roli przebiegłego i podstępnego Dreyfussa jest zbyt mało... przebiegły i podstępny, a przez to nie przekonuje. Obaj jednak pokazali dobre aktorstwo, to trzeba przyznać. Podobnie zresztą, jak Jean Reno w roli Pontona. Do niego udało mi się przekonać od razu, choć wszystkim kojarzy się on zapewne jedynie z Leonem Zawodowcem. Na tle tak wielkich nazwisk średnio wypada Beyonce Knowless, choć w filmie dała przednią próbkę swego głosu – to zdecydowany plus.
Różowa Pantera to film jakich wiele – można dostrzec liczne podobieństwa do poprzednich filmów z tej serii, czy chociażby do bliźniaczo podobnego Johnny English’a. Schematyczność jest pewną wadą, jednak niweluje ją spora dawka humoru, zawarta w filmie. Największym minusem jest według mnie zły dobór aktorów. Pomimo to Różową Panterę ogląda się przyjemnie – można się nieźle zrelaksować i choć na chwilę zapomnieć o przyziemnych problemach tego świata. Polecam szczególnie tym, którzy Różową Panterę lubią, oraz tym sfrustrowanym dniem codziennym – przyda im się trochę śmiechu na rozluźnienie.
Ocena:
7/10