|
O trybach słów kilka
Conquest, podobnie jak w części pierwszej, to zajmowanie punktów na mapie i pilnowanie ich. Po 20. sekundach od przejęcia wszystkich, lub po śmierci posiłków wroga następuje zwycięstwo. Capture The Flag to tryb, w którym flagę należy zanieść do wyznaczonego miejsca na terenie przeciwnika i zdobywać za to punkty. Po uzyskaniu określonej ich liczby następuje zwycięstwo jednej z frakcji. Dostępna jest albo jedna, albo dwie flagi – zależy od mapy. Assault (tylko dla walk w kosmosie) polega na przejęciu punktów kontrolnych na okręcie wroga przez abordaż. XL to najbardziej „filmowy” tryb – na Geonosis, Hoth i Kashyyyku walczą, aż do wybicia się w pień, wielkie armie. Najlepiej wygląda to na Hoth – dzięki dokładnie odwzorowanej mapie i setkach walczących żołnierzy można poczuć się prawie jak w Imperium Kontratakuje – podczas obrony/ataku Bazy Echo. Najbardziej innowacyjny jest tryb Hunt – daje też najwięcej uśmiechu na ustach, dlatego omówię go szczegółowo. Dostępny jest tylko na niektórych mapach i polega na walce jednej ze „standardowych” armii – Imperium, Rebelii, Armii Republiki i Separatystów z miejscowymi istotami. I tak: na Naboo Droidy Separatystów (lecz tylko Super Battle Droid) walczą z Gunganami (dwa warianty kolorystyczne), dysponującymi energetycznymi kulami, na Geonosis klony (tylko Snajper) walczą z Geonosianami z ich bronią dźwiękową, na Kashyyyku Separatyści (Magna Guardy) walczą z rosłymi Wookie (dwa rodzaje uzbrojenia) i słynny Endor, gdzie ścierają się Imperialni Scouttrooper z miśkowatymi Ewokami. Najciekawiej jest jednak na Tatooine w Mos Eisley, gdzie Tuskenowie (dwa warianty uzbrojenia) walczą z dzielnymi Jawami i Hoth, gdzie na bazę Rebeliantów (tym razem wszystkie jednostki Rebelianckie mogą walczyć) najeżdżają… Wampy!! Ograniczenie niektórych armii ma na celu zwiększenia szans miejscowych istot, choć ich główną bronią jest ilość, a nie uzbrojenie. Na planszy w Mos Eisley czeka najmilsza niespodzianka – bohaterowie z obu stron walczą ze sobą. Można wcielić się w Chewbaccę, Leię, Yodę, Grievousa, Imperatora czy Darth Maula. Do tego wszystkiego dwa znakomite utwory z filmów, które są już prawdziwymi rarytasami. Takiej ilości i jakości trybów brakowało w części pierwszej. Urozmaicenie sprawia, że Battlefront 2 jest strasznie bliski ideału strzelaniny sieciowej. Uff, to tylko Instant Action!
Kampania rzuca nas w wir walki jako członka „501st” – legendarnego Legionu 501, oddziału do zadań specjalnych, znanego po wydarzeniach z Epizodu III jako Vader’s Fist. W formie retrospekcji trzeba wykonać poszczególne zadania na przestrzeni całej Galaktyki. Głos narratora – Tamuera Morrisona, który w filmach grał klony, nasycony jest silnymi emocjami. Potrafi okazać dumę po zwycięskiej bitwie, smutek po stracie połowy Legionu i zemstę na wrogu. Przed misjami odtwarzane są krótkie urywki filmowe, który wprowadzają świetny nastrój. Misje co prawda rozgrywają się na planszach znanych z Instant Action, ale nie o to tu chodzi. Przez cały czas zmieniają się cele i mieszają się tryby. Oto przykład – misja na Rebelianckim okręcie Tantive IV, szturm wojsk Imperialnych. Zaczynamy tak, jak w filmie, szturmując korytarz, potem trzeba zdobyć mostek, zniszczyć komputery, silniki, a na końcu znaleźć księżniczkę Leię. W trakcie gry pojawia się możliwość walki Darthem Vaderem. To nie jedyna filmowa misja – jest jeszcze szturm na Świątynię Jedi, Bitwa o Hoth i inne, a wszystkie równie ciekawe. Dzięki urozmaiceniom, zmieniającym się zadaniom – najpierw coś zdobyć, potem przenieść przedmiot, bronić części planszy przez określony czas, zlikwidować jednostkę i zniszczyć jakieś urządzenie, ale także postaciom – jest misja, gdzie gramy jako sam Boba Fett, albo Jedi, kampania jest cudowna. Dzięki niej można poznać mapy do rozgrywki sieciowej, ale przede wszystkim dostarcza ona mnóstwo przyjemności.
|