Recenzja: Vivisector: Dusza Bestii

Autor: Jakub "Ogór" Ogórek
Opublikowano: 15 lutego 2006 r.

Vivisector: Dusza Bestii - recenzja

Przed premierą o Vivisector nie było głośno i - prawdę mówiąc - nie spodziewałem się po nim niczego nadzwyczajnego. Jednakże już na samym początku byłem wniebowzięty, fabuła wręcz wessała mnie w świat stworzony przez jej twórców. Niestety, w miarę postępu gry ogarniała mnie do niej coraz to większa niechęć. Liczyłem na strzelankę ciekawie zrealizowaną, a zarazem wciągającą, tymczasem otrzymałem coś a’la Serious Sam.

Vivisector: Dusza Bestii jest grą akcji bazującą na powieści Wyspa Doktora Moreau, zrealizowaną przez studio Action Forms. Programiści starali się przedstawić w niej to, co mogło zaistnieć po stu latach od wydarzeń, jakie opisał pisarz. Na wyspę Sorio zostaje zesłany oddział z celem zbadania dziwnych zdarzeń, jakie miały tam miejsce. Niestety, żadnemu z członków drużyny nie udaje się przeżyć, w wyniku czego 1 lutego 1987 roku na miejsce zostaje przetransportowana druga ekipa. Jej dowódcą jest oficer Curt Robinson, w którego to wciela się gracz. Naszym zadaniem jest odnalezienie śladów poprzedników, dokładne zbadanie przyczyny ich śmierci oraz ustalenie, co znajduje się w samym sercu wyspy.

Ci, którzy czytali wspomnianą powieść, zapewne już spodziewają się, co nas czeka. Pozostałym wyjaśniam, iż chodzi o eksperymenty genetyczne przeprowadzane na zwierzętach. W ich wyniku powstały całe zastępy zmutowanych potworów, z którymi musieli się borykać żołnierze, by dotrzeć do centrum i zniszczyć źródło całej tej plagi.

My w drodze do celu będziemy przedzierać się przez wyspę podzieloną na trzy strefy: zewnętrzną, wewnętrzną i tzw. Dworce Bólu. Im dalej w głąb wyspy, tym mniej rozległe tereny wymagające od nas podjęcia innej taktyki. Na początku walczymy na otwartym polu, narażając się tym samym na ataki ze wszystkich stron, ale wraz z dalszą podróżą teren działań zmniejsza się, co nie znaczy, że zabawa staje się łatwiejsza. Wręcz przeciwnie, bo napotkamy tam na trudniejszych przeciwników.

Rozgrywka w Vivisector jest banalnie prosta, głównie za sprawę zaznaczonych na radarze miesc, w które mamy się dostać. Są to świecące na zielono urządzenia zwane punktami orientacyjnymi. Po ich dotknięciu światełko gaśnie, a maszyna składa się, natomiast na mapie zaznaczony zostaje kolejny cel. Właściwie cała gra polega na bieganiu od jednego punktu do drugiego. Jednak aby nie było zbyt nudno, twórcy przygotowali dla nas masę mało przyjemnych niespodzianek w postaci nagle pojawiających się wrogów. Przyznam, że czasami czułem się jak w Serious Samie. Pewnego razu spokojnie zbliżam się do kolejnego check pointa, a tu nagle „łup!” - charakterystyczny dźwięk i nagle jestem otoczony przez kilkanaście zmutowanych wieprzów. Parę strzałów ze strzelby i całe towarzystwo wącha kwiatki od spodu. Zaliczam cel, idę dalej, nagle znów „łup”, charakterystyczny dźwięk itd. Podsumowując, rozgrywka w Vivisector jest szalenie sztampowa i schematyczna. Szkoda, że twórcy nie pokusili się o bardziej rozbudowany model rozgrywki.

Kolejnym utrudnieniem są różnego rodzaju pułapki. Nie wiem, jak niskie trzeba mieć IQ, żeby wejść w sam środek wielkiej zasadzki, którą nawet ślepy by zauważył. Ogromne zatrzaski i fragmenty wyłaniającej się spod ziemi klatki, a w samym środku tego wszystkiego nic innego, jak punkt orientacyjny, który trzeba zaliczyć by rozgrywka posunęła się dalej. Zmuszony chęcią przejścia etapu, wchodzę w sam środek piekła. Klatka zamyka się. Jestem sam w środku. Nagle biega już koło niej przynajmniej dwadzieścia wściekłych świnek. Klatka ze mną podnosi się. Będąc w środku niej, załatwiam paru przeciwników, ale nadal jest ich tam na dole zatrzęsienie. Nagle klatka otwiera się od spodu, a ja spadam wprost na świniaki. Super. Myślałem, że Dusza Bestii będzie czymś więcej aniżeli bezmyślną strzelanką w stylu Poważnego Sama. A zaczynało się tak ciekawie...

Potwory w grze podzielono na trzy grupy. ModBestie to lekko stuningowane, uzbrojone, czworonożne zwierzęta - napotkamy je w pierwszej strefie (zewnętrznej). Zaliczają się do nich takie stwory, jak elektreny, płomuary, granatoryle czy niedźwiedzie szturmowe. Humanimale to - jak ujęli twórcy - przerażające stwory będące połączeniem ludzi i zwierząt zamieszkujące tereny strefy wewnętrznej. W jej skład wchodzą niekompletni, hieny czy gepardy. Ostatnie z nich to Overbrutale stworzone przy pomocy najnowszych odkryć biologicznych. Są nimi czarne wilki, tygrysy czy helexy ze śmigłami wmontowanymi w głowy. Spotykamy je w ostatniej strefie - Dworcach Bólu. Przeciwników jest rzecz jasna więcej, ale jak widać wszyscy są bardzo zróżnicowani i trzeba przyznać pomysłowo zrealizowani.

Jak informuje nas instrukcja dołączona do gry, Vivisector to trójwymiarowa gra akcji z elementami RPG. No i owszem, owe „elementy RPG” w grze są, tylko że w śladowych ilościach. Ograniczają się jedynie do rozwoju kilku umiejętności: szybkości, odporności, pewności strzału oraz zdrowia. Nie wiem, jak Wy, ale ja bym tego nie nazwał „zaawansowanym systemem rozwoju umiejętności”. Ot, malutki bajer nieco uatrakcyjniający grę, a nie żaden rozbudowany system. Umiejętności tych możemy wyuczyć się za punkty doświadczenia, które z kolei zdobywamy nie za zabicie pojedyńczych potworów, ale całej ich grupy w krótkim czasie czy za różne dodatkowe akcje. Może nią być odkrycie ukrytej lokacji, wysoka celność, nietykalność naszej postaci (brak obrażeń przez jakiś czas) czy wykonanie sekcji zwłok zabitego potwora przy użyciu noża.

Do naszej dyspozycji oddano cały szereg broni - od noża przez pistolet, strzelbę, M16, broń szturmową (M60, Gauss), broń snajperską, wyrzutnię (bazookę), broń energetyczną (np. Tesla) aż po granaty. Razem sztuk szesnaście - całkiem sporo. Co do innych przedmiotów, w grze możemy znaleźć oczywiście amunicję do wymienionych działek i trzy rodzaje apteczek (mała, średnia, duża), czyli nic nadzwyczajnego. Nie pokuszono się o zaimplementowanie żadnych dodatkowych gadżetów. Z wszystkich tych zabawek strzela się całkiem przyjemnie.

Nieco jeszcze o interfejsie gry. Bardzo ciekawie zrealizowano menu. W tle widać kawałki (oko, ucho) zwierząt czy bestii w laboratorium. Przypięte są do nich różne rurki, kabelki i usztywnienia, a owe żywe jeszcze organizmy co jakiś czas ruszają się. Wygląda to naprawdę efektownie. Fajnie jest zmieniać opcje gry, podczas gdy patrzy się na nas i co chwilę mruga wielki stwór unieruchomiony w jakiejś metalowej konstrukcji. W samej grze układ opcji i okienek jest raczej standardowy. W lewym dolnym rogu poziom życia i radar, w prawym zaś liczba pozostałej amunicji, a na górze punkty doświadczenia.

Oprawa graficzna produktu jest przeciętna. Vivisector prezentuje się nieźle pod względem jakości tekstur. Ponadto podczas zabawy znajdziemy się w różnorodnych i, co warte uwagi, naprawdę ładnie wykonanych lokacjach i pomieszczeniach. Szkoda, że zdarzają się scenografie słabsze, jak np. wrak samolotu, ale ogólnie jest pod tym względem bardzo dobrze. Podobnie jest z muzyką - wszelkie głosy, strzały, krzyki, odgłosy sapania, biegu i tym podobne zostały zrealizowane na wysokim poziomie. Inaczej brzmi strzał kuli wbity w drewno, a inaczej odbity od częściowo matalowej konstrukcji niektórych zwierząt.

Również pod względem interakcji z otoczeniem nie jest najgorzej. Co prawda nie możemy przestrzelić linki czy drutu, ale drzewo nożem porysować już można. Przyzwoicie wyglądają też obrażenia potworów. W jednej scenie napotykamy na zmutowaną hienę przyczepioną drutami do ściany. Moment ten pozwolił mi dokładnie przyjrzeć się modelowi obrażeń (wiem, jestem sadystą). Każda część ciała zwierzaka odpowiednio krwawiła, a przy rozleglejszych obrażeń widać było kości. Również po śmierci wroga możemy się z nim troszkę pobawić. Gdzieniegdzie wpleciono także krótkie filmowe przerywniki, które wyglądają nawet okazale.

Niedociągnięć gra nie posiada na szczęście zbyt wielu, niemniej jednak kilka baboli przedostało się do jej ostatecznej wersji. Na przykład udało mi się raz wydostać (choć nie powinno) z zamkniętej klatki z potworami. Próbowałem dokonać tego czynu drugi raz, ale za nic mi się nie udało. Wyjście z klatki pełnej bestii znacznie ułatwiło mi ich eksterminację - nie mogły zadawać mi żadnych obrażeń, a ja im i owszem. Nie jest to wielkie przewinienie ze strony autorów, ale służy jako dowód na to, że gra nie ustrzegła się błędów.

Spolszczeniem Vivisector zajęli się ludzie z Cenegi i trzeba przyznać, że odwalili kawał dobrej roboty. Zarówno instrukcja, jak i napisy w grze, przetłumaczono poprawnie bez większych kwiatków (pomijając kilka literówek). Lokalizację Duszy Bestii można uznać za dobrą i rzetelnie wykonaną.

No i przyszedł wreszcie czas na podsumowanie i odpowiedź na pytanie - kupić czy nie kupić. Vivisector, pomimo tępego i uproszonego systemu rozgrywki, nadal pozostaje pozycją godną zaproponowania. Szkoda tylko, że zamiast ciekawej gry akcji dostaliśmy uproszczoną strzelankę. Na uwagę zasługuje na pewno otoczka fabularna. Stworzenie klimatu wyspy skażonej zaawansowanymi badaniami i eksperymentami genetycznymi wyszły znakomicie. Zmutowane zwierzaki i ci jacyś dziwni żołnierze robią swoje. Dodajmy do tego jeszcze porządnie wykonaną grafikę, ładnie wkomponowaną w to wszystko muzykę, masę broni i przeciwników do pokonania i mamy pozycję w sam raz na długie wieczory. Według mnie, kupno Vivisector to dobry pomysł, tym bardziej iż gra kosztuje jedynie 30 zł. Może nie gorąco, ale polecam.

Jakub "Ogór" Ogórek