|
Electronic Arts ma pieniądze i to właśnie ten koncern wykupuje ciągle nowe licencje. Dodać trzeba, że ową mamonę zarobił uczciwie, zatrudniając solidne osoby odpowiedzialne za marketing, które podsunęły pomysł wydawania kolejnych części (i dodatków) do sztandarowych tytułów firmy. Taki stan rzeczy spowodował naturalne obawy, jakie towarzyszyły niżej podpisanemu, gdy wydawca takich serii jak The Sims, Need for Speed, FIFA, Burnout, etc. poinformował o otrzymaniu praw do egranizacji Ojca Chrzestnego. Muszę przyznać, iż obawy były słuszne, gdyż produkt w wersji finalnej, którą miałem możliwość testować, przedstawia się z jednej strony naprawdę interesująco i spójnie, zaś z drugiej ma się wrażenie, iż dużą jego część wyprodukowano na kolanie w niezbyt sprzyjających warunkach. Ot, taki oczopląs. Dlaczego konkretnie? Przeczytajcie!
Najważniejsze pierwsze wrażenie!
Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne. Odpalamy grę i wita nas świetnie wpasowujący się w tło motyw muzyczny autorstwa Nino Roty (który notabene uruchamia się od nowa za każdym razem, kiedy wchodzimy w główne menu, zaś gdy wchodzimy do konkretnych opcji, słuchamy innego kawałka) oraz menu z postacią Marlona Brando, czyli Don Vito Corleone wraz z charakterystyczną czerwoną różą. Wbrew pozorom zabawy nie rozpoczynamy od stworzenia własnego bohatera (na ten element musimy trochę poczekać), lecz oglądamy wprowadzający filmik, z którego dowiadujemy się, iż ojciec postaci, jaką pokieruje gracz, został zamordowany poprzez wpakowanie kilku magazynków w jego ciało. W tym momencie młody (około 10 lat) potencjalny mafiozo, wysłuchuje kazania Dona Corleone twierdzącego, iż zemścimy się na mordercach ojca, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. I takowy nadchodzi. Kończy się przerywnikowy filmik, a tym samym rozpoczynamy proces kreowania własnego charakteru. W tej kwestii oddano do naszej dyspozycji naprawdę duże możliwości, gdyż decydujemy niemalże o wszystkich aspektach wyglądu zewnętrznego, aczkolwiek w praktyce wygląda to tak, iż bohater zachowuje się cały czas identycznie (system skryptów). Powoduje to, że włączając grę po raz drugi od nowa i tworząc jeszcze raz postać, ta jest na tyle sztuczna, iż widać praktycznie tylko zmienione tekstury w postaci ew. przyklejonego pieprzyka, niedopasowanej brody, czy powiększonej czupryny (to tylko przykłady, gdyż gra oferuje naprawdę dużo więcej opcji). Niczym system skopiowany żywcem z The Sims. Poza tym wybieramy także strój swojego bohatera, który będzie mógł zmieniać, gdy zarobi kolejne, nie do końca czyste, pieniądze. Tutaj wybór ubrań jest dość ograniczony, aczkolwiek całość starają się ratować okulary czy mokasyny oraz zmienna kolorystyka koszul, garniturów czy krawaty w wybitnie wyszukane wzorki. Nie podoba mnie się to, choć początkowo byłem zachwycony...
Od zera do bohatera
Proces tworzenia wirtualnego mafiozo mamy już za sobą i teraz przychodzi czas na właściwą rozgrywkę, przenosząc się ponownie na teren Nowego Jorku, mniej więcej do połowy ubiegłego wieku. Oglądamy filmik, na którym zostajemy napadnięci przez trzech bliżej niezidentyfikowanych gostków, których na całe szczęście przegania (właściwie to jednego z nich zabija) Luca Brasi. Wówczas gracz po raz kolejny (pierwotnie w misji przed stworzeniem postaci) poznaje tajniki walki, zapoznając się z dość wyszukanym sterowaniem (za pomocą klawiatury poruszamy się, zaś myszką zadajemy ciosy – naturalnie można nie korzystać z gryzonia i skupić się na jednym kontrolerze, co osobiście preferuję). Ogólnie przez pierwszych kilkanaście, może kilkadziesiąt minut, zapoznajemy się ze wszystkimi blaskami i cieniami rozgrywki. Uczymy się skradać, strzelać, dusić przeciwników. Następnie przechodzimy do wykonywania zlecanych nam misji, naturalnie powstałych w oparciu o dzieło Mario Puzo, aczkolwiek twórcy informują, iż bardziej inspirowali się filmami w reżyserii Coppoli, aniżeli kartami powieści. Zatem przejmujemy niektóre interesy w mieście, wymuszamy haracze (dbając o ochronę obiektów, rzecz jasna) oraz spuszczamy łomot przydrożnym kolesiom, wspinając się po szczeblach mafijnej kariery. Naturalnie jesteśmy także świadkami postrzelenia Ojca Chrzestnego. Ba! Sami nawet odwozimy go do szpitala (misja na czas!) i bierzemy udział w starciu na moście... Na plus zaliczyć należy grze dwie rzeczy w kwestii scenariusza. Primo – wszystkie ważniejsze sceny z filmu i książki można zobaczyć na ekranie komputera. Secundo – w fabułę umiejętnie wpleciona została postać gracza. Nawet mimo, iż nierzadko odczuwa się, jakby była dodana na siłę. Bo tak w istocie jest.
Toporne sterowanie, niekoniecznie toporkiem
Miałem możliwość grać wcześniej w wersję na PS2 i muszę przyznać, że gdybym miał recenzować wydanie właśnie na platformę Sony, to nijak nie przyszłoby mi do głowy wypominać toporne sterowanie. Jednak w tym wypadku muszę to zrobić Otóż na konsoli zadajemy ciosy za pomocą L3 i R3, zaś na komputerze za pomocą myszki. W praktyce różnica jest olbrzymia mimo, iż można zauważyć niemałe podobieństwa. Zwłaszcza, gdy korzysta się z optycznego gryzonia, którym trzeba jeździć po niemałej części biurka (uprzednio posprzątanego :P). Poza tym niezbyt wygodne jest to, iż gra korzysta z systemu autocelowania, co powoduje w praktyce zbytnie uszczerbki na zdrowiu, bowiem niekiedy wróg chowa się za przeszkodą, a oskryptowany system mimo wszystko chce go ostrzelać. Musimy wtedy odejść od ściany (wcześniej wystarczyło się do niej przykleić, kucnąć i co jakiś czas wychylać się), tym samym pokazać się kilku przeciwnikom w całej okazałości. Są oczywiście sposoby na rozprawienie się z tym niedociągnięciem, aczkolwiek wszystko pozostaje już w możliwościach grającego.
|