|
Powstało wiele filmów wojennych. Większość z nich sławi dzielnych żołnierzy, zwłaszcza amerykańskich, którzy ocalają świat przed „tymi złymi”. Na każdego takiego żołnierza przypada po kilkanaście ofiar, chyba, że to komandos – wtedy ofiar jest mało, są za to bardzo ważnymi osobistościami. Oczywiście jest to przerysowany obraz – w rzeczywistości mało który żołnierz zabija. Paradoksalnie w tym filmie nikt nie ginie w wyniku działań wojennych.
Tytułowy Jarhead to w slangu amerykański marine – żołnierz piechoty morskiej. Nazwa zresztą jest w filmie wyjaśniona. Tony Swofford (Jake Gyllenhall) wstępuje do wojska z wielkim entuzjazmem. Pierwsze przeżycia nie są już tak przyjemne, a trening raczej zniechęca. Trafia do oddziału snajperów. Razem z nim stacjonuje m.in. Troy (Peter Sarsgaard), Fergus (Brian Geraghty) i Fowler (Evan Jones). Załapuje się na akcję w Kuwejcie “Pustynna tarcza”, a po zaognieniu konfliktu iracko – kuwejckiego na „Pustynną burzę”. Każdy, kto choć trochę wie o tej wojnie, musi też wiedzieć, że walki trwały ledwie parę dni, a większość żołnierzy nie musiała oddać pojedynczego strzału. Błyskawiczną klęskę Irakijczyków zapewniły amerykańskie myśliwce i czołgi. Piechota morska w najnowszych wojnach raczej się nudzi, niż działa. Dlatego też ukazana na filmie grupka wariowała na pustyni. Ich życie nie jest lekkie, nieustanny rygor, tęsknota za domem, złośliwi koledzy. Przeciętny dzień mija na patrolowaniu, pilnowaniu, warcie, nudzie, masturbacji, czytaniu, czasem oglądaniu filmów. Tęsknota za najczęściej niewiernymi partnerkami raczej dobija, niż dodaje otuchy. Przez ponad 150 dni stacjonowania w morderczym upale, wśród swądu palonej ropy i ludzkich trupów, Tony będzie czekał, żeby „sobie postrzelać”. Kiedy ma możliwość oddania czystego strzału nie dostaje na niego pozwolenia. Po powrocie do domu okazuje się, że nie ma szans na powrót do normalności. Marines tak zmienili jego psychikę, ze już na zawsze pozostanie Jarheadem.
Fabuła filmu oparta jest na książce Anthony’ego Swofford’a, który przeżył dokładnie to, co w filmie. Ukazanie życia żołnierza, w taki sposób, jako jednostki jest bardzo interesujące. Nie ma tu typowo amerykańskiej idealizacji, a aktorzy, tak samo jak i ich gra, świetnie pasują do roli twardych marines. W pustynnych warunkach, a w dodatku w armii, żołnierzom po prostu odbija. Choć młody i z małym stażem, Jake Gyllenhall świetnie sobie poradził z pokazaniem tego obrazu. Na uwagę zasługuje muzyka autorstwa Thomasa Newmana. Ciężkie, metalowe brzmienia podkreślają trud wybranego przez Jarheadów sposobu życia. Jednocześnie utwory w stylu „Don’t worry, be happy” Bobby’ego McFerrin’a ukazują absurdy służby.
Jarhead to inteligentny, niecodzienny film, pokazujący absurdy współczesnych wojen, trudy wojskowego życia. Świetna aktorska gra, wyśmienita muzyka wespół z pustynnymi krajobrazami i szalonymi pomysłami lekko niezrównoważonych marines, zamknięte w dwóch godzinach dają rozrywkę wartą biletu do kina i ewentualnie ścieżki dźwiękowej.
Ocena: 9/10
Jakub "Fan_SW" Grzęda 22 stycznia 2006 r.
|