Czekając na ukochane tytuły po świątecznej gorączce przyszedł czas na produkcje budżetowe. Jednak i te potrafią czasem przykuć do monitora na kilka ładnych godzin. Od razu zaznaczę, że niestety, ale Winter Sports Extreme taki nie jest…
Niedobrze…
Nawet bardzo. Ale może po kolei. Kosztujące niecałe 20 złotych WSE zostało ładnie zapakowane w box DVD. W środku znajdziemy jedną płytę CD i… No właśnie. I nic! Brak jakiejkolwiek instrukcji jest karygodny! Nie ma się co oszukiwać, produkcja jest skierowana tylko do młodszego, niewymagającego odbiorcy. Rodzice często nie radzą sobie z obsługą komputera, więc chociaż broszurka ze skróconym opisem instalacji i sterowania by się przydała. Nawet na płycie nic stosownego nie znalazłem.
Gra została spolszczona, ale poza pudełkiem i kilkoma napisami w głównym menu nic więcej nie trzeba było spolszczać, gdyż nic więcej tam nie ma! Tłumacze z całą pewnością się nie przepracowali, ale nawet tak prosta polonizacja w grach dla najmłodszych jest potrzebna.
Niestety, gra jest bardzo uboga. Zaledwie pięć tras to zabawa góra na 15 minut! Po tym czasie zresztą i tak się już znudzi, więc może to było zamierzone? ;) Pozwolę sobie zacytować fragment opisu widocznym na pudełku z produkcją: „Cztery dyscypliny (narty, snowboard, nartki oraz skoki)” – zgadza się. Tylko, że słowo „dyscypliny” ogranicza się tylko do zmiany wyglądu tego, co pod nogami ma nasza postać. O jakimkolwiek porządnym modelu jazdy możecie od razu zapomnieć, więc tak naprawdę bez większej różnicy jest to, w której dyscyplinie się udzielamy (poza skokami – o tym później).
Z górki na…
Główne menu jest bardzo ubogie. Mamy tu tylko dwa tryby gry – szybką i turniej. W tym pierwszym wybieramy po prostu trasę, na której będziemy zjeżdżać i trenujemy, tylko rzecz w tym, że komu by się chciało? Główną kwintesencją gry jest tryb mistrzostw. Tworzymy sobie postać (wybór ogranicza się jedynie do płci i zmiany kolorów) i ruszamy prosto na śnieżny stok. Zabawa na każdej z czterech tras polega na zjeździe do mety. Podczas jazdy należy lawirować pomiędzy słupkami, gdyż każdy opuszczony kosztuje nas cenny czas. Tu już warto napisać, że postać porusza się z gracją ludzika Lego. Nawet podobnie wygląda. Animacja jest FATALNA! Nasz sportowiec porusza się bardzo sztywno, absolutnie nie przypominając pod względem ruchów człowieka. Wpadnięcie na jakąś przeszkodę powoduje restart na trasie i stratę czasu. Ale jak to wygląda! Czasem zwyczajnie nasz zawodnik przejedzie np. przez taki płotek i grzecznie położy się na śniegu po fakcie, a czasem wystrzeli jak z armaty! Sam zjazd ze stoku też jest nudny jak flaki z olejem. Na trasie nic się nie dzieje. Nie ma żadnych dopałek, żadnych przeszkód, nie można wykonywać ewolucji – słowem NIC. Każda z czterech tras wygląda podobnie (jak to na stoku), jednak zjeżdża się po niej już nieco inaczej, jeśli chodzi o poziom trudności. Ale naprawdę nie ma różnicy, czy bawimy się ze snowboardem na nogach, czy też z nartami. Zabawa będzie tak samo nudna! Po dojechaniu do mety (co trwa z reguły nieco dłużej niż minutę) wita nas tłum kiepsko wyglądających kibiców. Aż płakać się chce.