Recenzja: Spider-Man 2: The Movie

Autor: Pepsi
Opublikowano: 15 września 2004 r.

Spider-Man 2: the Movie - recenzja

Komercja atakuje nas z każdej strony. Producenci stawiają na łatwy zysk, kosztem nieco zdezorientowanych klientów, a jednocześnie napalonych na produkt, będący właśnie na fali. Takie serwisy jak nasz, mają za zadanie uchronić konsumentów od nieudanych zakupów, bo jak wiadomo - gry nie kosztują mało. Myślicie, że pomyliły mi się recenzja z publicystyką? Otóż nie! Takim właśnie produktem, mającym przynieść łatwy zysk niskim nakładem pracy, jest najnowsze „dzieło” Activision - Spiderman 2.

Niechlubne przykłady

Jak wszyscy zapewne wiecie, dwudziestego sierpnia do polskich kin wchodzi sequel filmu opowiadającego o super-bohaterze, ratującym niewinnych obywateli miasta, a przede wszystkim swą ukochaną - Mary Jane Watson, przed pojawiającymi się na każdym kroku niebezpieczeństwami. Mowa oczywiście o Człowieku Pająku, czyli Spiderman’ie. W związku z tym wydarzeniem, Activision postanowił skwapliwie wykorzystać nadarzającą się okazję i wypuścił na rynek grę o tym samym tytule. Produkt sam w sobie nie jest może bublem nadającym się od razu do kosza, lecz o przyczynach tak surowego wstępu napiszę później. W przeszłości, nawet niedalekiej, można napotkać liczne przykłady takiego samego podejścia producentów do sprawy gier na pecety. Choćby słynny Enter The Matrix, który ukazał się równo z premierą drugiej części trylogii braci Wachowskich. Wiadomo, że rozjuszony tłum rzucił się na produkt, niczym głodny na mięso, ale okazało się, że jest ono zepsute i można nabawić się niestrawności. EtM był cienki jak Polsilver, a mimo to przez długi czas cieszył się największą sprzedażą, czy to w sklepach internetowych, czy w salonach Empiku. Zresztą producenci nie idą na łatwiznę tylko w przypadku filmów. Bardzo często zdarza się, że gra, która odniosła sukces, jest hańbiona przez swoje następczynie. Tak było chociażby w przypadku Deus Ex’a i jego sequela. Jeśli chodzi o Spiderman’a, to mamy do czynienia z oboma tymi przypadkami. Tyle, że pierwsza gra o człowieku pająku nie była oszałamiająca, jednak stała na w miarę dobrym poziomie.

Pierwsze dobre wrażenie

Początek rozgrywki to porządny i przejrzysty tutorial. Uczymy się podstawowych rzeczy, jakie musi umieć nasz bohater, a więc latania z użyciem jego nieodzownego elementu - sieci, chodzenia po ścianach, pokonywania wrogów zarówno za pomocą prostych ciosów, jak i combosów oraz kilku innych przydatnych czynności. Gracze, którzy mieli styczność z pierwszą częścią Spiderman’a, nie powinni mieć jednak żadnych problemów z opanowaniem ruchów komiksowego super-bohatera. Zwłaszcza, że sterowanie w znacznym stopniu uległo poprawie. Dodatkowo sieć, którą wypuszcza Hero, nie leci już w niebo, lecz zaczepia się w specjalnie oznakowanych punktach. Z jednej strony zwiększa to realizm, z drugiej ogranicza nam pole manewru. Oprócz tego, uproszczenie sterowania pociągnęło za sobą konsekwencję w postaci mniejszej ilości ataków, jakie może wyprowadzać Spiderman. Niepostrzeżenie z samouczka przechodzimy do pierwszej misji, w której (ku mojemu zaskoczeniu) od razu mamy do czynienia z jednym z bossów.

Rhino - pierwsze starcie

Pajęcza intuicja ostrzega naszego bohatera przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Tu liczy się refleks. Nie można pozwolić sobie na chwilę nieuwagi. Udane minięcie wściekłego przeciwnika i akcja po chwili przenosi się w zupełnie inne miejsce. Takie sytuacje w Spiderman’ie to nie rzadkość. Na początku uciekający wrogowie dodają smaczku rozgrywce, jednak na dłuższą metę zabawa w kotka i myszkę staje się monotonna. Odważę się nawet powiedzieć, że to pogoń za rywalem stanowi większą część walki. W dodatku wroga można pokonać stosując tylko jedną taktykę, wyraźnie nakreśloną przez twórców na prostym komiksie, który pojawia się przed każdym starciem z bossem. Takie rozwiązanie wskazuje na ukłon w kierunku młodszych graczy. I tu spotykamy się z pewnym absurdem. Może i krew nie leje się na prawo i lewo, jednak czy jedenastolatek powinien w ogóle zasiąść do gry, w której chodzi o pokonywanie wrogów za pomocą bardzo popularnego w dzisiejszych czasach argumentu, jakim jest siła? To już temat na osobny artykuł… Zresztą takich uproszczeń jest więcej, dlatego druga część Spiderman’a raczej nie trafi w gusta komputerowych wyjadaczy.

Plus dla Activision

Na tle całej gry, za świetne możemy uznać projekty misji. Szczególnie dobrze wypada ta, w której musimy zmierzyć się z Mysterio. Pole magnetyczne trzyma kawałki miasta w przestrzeni, a naszym zadaniem jest wyłączenie generatorów. Okazuje się, że to nie lada sztuką, gdyż nie łatwo jest odnaleźć prowadzącą do nich drogę. Niestety, takich zagadek logicznych nie mamy zbyt wiele. Powiem więcej - gra aż razi liniowością, nawet we wspomnianych już wcześniej walkach z bossami. In minus należy zapisać także ograniczenie pola poruszania się po mieście. Okazuje się, że nie na każdy wieżowiec można się wspiąć, nie uda się dojść (czy raczej dofrunąć) na miejsce starcia okrężną drogą, bo cały czas musimy znajdywać się w obrębie celu misji. Takich niedociągnięć można by wymienić jeszcze kilka... Interakcja ze światem stoi na niziutkim poziomie. Praktycznie nie zobaczymy odpadającego z wieżowców tynku, popękanych szyb, zniszczonego sprzętu w pomieszczeniach etc… Spotykamy się za to z tandetnymi minigierkami, polegającymi na uzbieraniu określonej ilości serduszek (sic!), w celu otrzymania dodatkowych punktów. Któż to widział, żeby amerykański super-hero uczestniczył w słodziutkich i uroczych zabawach?!

A teraz najlepsze…

Wszystkie wyżej wymienione wady bledną przy tej jednej. Oto powód tak tragicznego wstępu... Chodzi o długość rozgrywki. Autorzy przygotowali nam całe 7 misji, które wprawiony gracz ukończy w około 2 godziny! Kpina… Muszę przyznać, że gdy grałem w Spiderman’a 2 (żyjąc jeszcze w błogiej nieświadomości) myślałem, że produkt ten zasługuje nawet na „siódemkę”. Jednak w momencie, gdy mym oczom ukazały się napisy końcowe, czar prysł. Nagle cała gra przybrała w moich oczach wymiar prostej platformówko-zręcznościówki, w dodatku niebywale krótkiej. Początkowo sądziłem nawet, że to jakaś rozbudowana wersja demo, ale nie… to było wszystko, co przygotował nam Activision. W porównaniu do macierzystej wersji z konsoli, są to nieudolne wypociny programistów zza oceanu, które w postaci płyty CD nadają się tylko jako podstawek do piwa. Smutna to prawda, ale podejście do właścicieli pecetów odbiega daleko od wymarzonych przez nich standardów.

Parę słów o grafice

Jeżeli po tym wszystkim zdecydowaliście się jednak czytać dalej, chwała Wam za to. Strona wizualna również nie prezentuje się zbyt dobrze. Co prawda charakterystyczna, smukła budowa Człowieka Pająka i ciekawy wygląd bossów to zalety grafiki, jednak z resztą jest już trochę gorzej. Wszyscy bezimienni wrogowie wyglądają tak samo, a ich animacja jest taka sobie. Projekty budynków nie wyglądają naturalnie, a modele samochodów są prostolinijne i kanciaste. Wstawki filmowe prezentują się słabo. Braki w wizualizacji widać, gdy bohaterowie gry poruszają ustami - ich ruchy i wypowiadane słowa nie współgrają ze sobą. Tekstury niekiedy znikają, a animacja wyprowadzanych ciosów nie jest płynna. Chciało by się powiedzieć - jaki pan, taki kram.

Ile jeszcze…?

I tak o to, niemal w żałobnym tonie, przechodzimy do podsumowania. Gra jest mierna, skandalicznie krótka, nie wnosi nic nowego do gatunku i kosztuje krocie. Jednym słowem - komercja. Wystarczyłoby urozmaicić trochę misje, a nie tylko przechodzić od bossa do bossa, a ocena na pewno byłaby wyższa. Autorzy mogli się pokusić o ściągnięcie kilku zadań z filmu, jak choćby dowóz pizzy na czas, czy walka z bandytami grasującymi po metropolii. Takich zabiegów jednak nie zastosowano. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba się tylko zastanowić, ile razy jeszcze programistom uda się nabrać niczego nieświadomych klientów i zbić kokosy niskim nakładem pracy? Ile razy jeszcze będziemy musieli pisać tak bardzo krytyczne recenzje? Ile jeszcze…?


Pepsi