Historia przemocy to, wbrew tytułowi, spokojny film. Nie przeszkadza to jednak być mu także brutalnym i realistycznym. Bohaterem jest zwykły człowiek, a jednocześnie przestępca. Film ukazuje sielankowe życie, ale zarazem mafijne porachunki. Siła tego filmu tkwi w głównym bohaterze, który spaja dwa światy, bo jak każdy – ma dwa oblicza.
Tom Stall (Viggo Mortensen) mieszka w małym miasteczku - Millbrook w stanie Indiana. Razem z żoną Edie (Maria Bello), nastoletnim synem Jackiem (Ashton Holmes) i kilkuletnią córką Sarah (Heidi Hades) wiodą szczęśliwe życie w płożonym na prowincji domu. Pewnej nocy, gdy Tom chce zamykać swoją restaurację, zostaje sterroryzowany przez dwóch bandytów. W trosce o personel i gości zabija przestępców w samoobronie. Od tej pory w miasteczku uważany jest za bohatera, jednak sam jak najszybciej chce wymazać to zajście z pamięci. Następnego dnia nie pozwala mu o tym zapomnieć kolejny gość jego restauracji – Carl Fogarty (Ed Harris), tym razem nie zwykły bandzior, ale poważna mafijna osobistość. Zasiewa on w rodzinie Stallów wątpliwości co do pochodzenia głowy rodziny. Wydarzenia te psują relacje między członkami rodziny, druzgocąc tym samym życie Toma. Wyrusza więc wyrównać porachunki z bratem Richiem (William Hurt) i własną przeszłością…

Fabuła oparta na komiksie Johna Wagnera i Vince Locke’a jest bardzo mocną stroną filmu – rozkręca się może zbyt wolno, ale trzyma widza w niepewności. „Historia przemocy” zaczyna się spokojnie, tak bardzo, że zacząłem się zastanawiać kto pierwszy z sielankowej rodzinki nie wytrzyma i zacznie mordować z zimną krwią – na szczęście nikt. Viggo Mortensen w roli Toma Halla zachowuje się jak profesjonalista, pozbywając się niedoszłych zabójców. Zaskakuje to, bo w życiu prywatnym jawi się jako ciepły i kochający mąż. Kiedy w obronie rodziny zabija po raz kolejny w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że potrafi to robić wyjawia się jego prawdziwa tożsamość. Wtedy jego życie załamuje się. Żona jest przerażona, syn nienawidzi ojca. Relacje między członkami rodziny są w tej produkcji ukazane bardzo dobrze. Podkreśla je świetna gra aktorska każdego z członków. Fabuła nie odkrywa wszystkich kart zbyt szybko, przeciąga widza w niepewności, czy jego podejrzenia są właściwe. Z kolei sceny seksu i przemocy są wymowne i nie pozostawiają wątpliwości co się dzieje. Choć z początku myślałem, że są zbyt realistyczne, to pasują do reszty filmu. Chociażby do surowej scenografii i małej liczby bohaterów. To także plus, bo umiejętnie podkreśla kreacje aktorskie. Skąpa jest także muzyka autorstwa Howarda Shore’a (znanego z zupełnie innego typu muzyki), która pojawia się w odpowiednich momentach. Nie zwraca jednak na siebie uwagi, wręcz pozwala skupić się na akcji. Taka powinna być właśnie muzyka w tego typu obrazach.
„Historia przemocy” to film zaskakująco dobry. Kameralność jest jego zaletą i wyróżnia go na tle dzisiejszych tytułów. Polecam „Historię przemocy” widzom spragnionym świeżości, dla których liczy się jakość fabuły i głębia filmu, a nie ilość efektów specjalnych i milionów dolarów wydanych na produkcję.
Ocena: 8,5/10