Recenzja: Serious Sam 2

Autor: Szymon "Haloon" Nowak
Opublikowano: 5 grudnia 2005 r.

Serious Sam 2 - recenzja

W 2001 roku ukazała się pierwsza część przygód Serious Sama. Początkowo Croteam miało na celu pochwalenie się samym tylko silnikiem i jego sporymi możliwościami. Jednak ostatecznie stworzyli oni grę, o której chcąc nie chcąc trzeba powiedzieć, że wyznaczyła nowy kierunek w materii FPSów, czyli totalna, bezmózgowa, krwawa i co najważniejsze – odstresowująca rozwałka. Była to gra, w której wyłączaliśmy szare komórki i szliśmy stawiać czoła setkom różnorakich wrogów. Mamy rok 2005 – Sam Stone ponownie nas odwiedza w drugiej części swych przygód, a Croteam nie ma juz zamiaru tylko chwalić się możliwościami silnika.

Ktoś, patrząc na fabułę w SS2, mógłby powiedzieć, że jest naciągana. Jesli tak powie, to można bez obaw stwierdzić , że jest to człowiek kompletnie pozbawiony poczucia humoru. Dawno nie ubawiłem się tak jak to miało miejsce przy SS2. Fabuła to zlepek wszystkich znanych nam toposów, przewijających się w innych produkcjach od paru dobrych lat. Serious Sam 2 jest po prostu autoparodią. Bohater, w którego przyjdzie nam się wcielić, ma za zadanie znaleźć pięć części medalionu wykutego przez ślepego goblina. Kiedyś medalion składał się z jednej części, ale na potrzeby gry trzeba go było rozczłonkować, a poszczególne fragmenty rozesłać do pięciu odległych i róznych od siebie światów.

Światy to osobna bajka w - jak już wspomniałem, różnią się one od siebie nie tylko pod względem designu poziomów (a tych jest ponad 40), ale także wyglądem ras zamieszkujących te poziomy oraz przeciwników. Z reguły trafiamy do przywódcy rasy, a polecenie, które nam daje staje się naszym głównym celem.

Tubylcom zdarza się nam pomagać, ale ekipa Croteam nie obdarzyła ich zbyt wysoką AI.

No właśnie - AI. Tu dochodzimy do wyżej wymienionych przeciwników. Ludzie mający styczność z jedynką, wiedzą, że coś takiego jak AI w serii o Samie praktycznie nie istnieje. Atakują nas po prostu hordy przeciwników biegnących, pełzających, idących przed siebie. Nic poza tym. Nie znajdziemy tu wymyślnych taktyk, chowania się za elementami otoczenia. I co ważne – nie mamy prawa uznać tego za minus. To własnie bezmyślne armie wrogów są siłą napędową gry. Mam jednak zastrzeżenia co do zaprojektowanych postaci. Łącznie w grze zapoznamy się z tylko kilkoma modelami wrogów. Owszem, są ich setki, jest wiele odmian, ale właśnie odmiany to główna bolączka Serious Sama 2. Większość wrogów to wariacje na temat jednej postaci... jaśniej będzie na przykładzie – mamy podstawę – rogacza z rakietnicami i ten nasz rogacz występuje podczas rozgrywki w kilku rozmiarach. Jest on po prostu powiększony, czasem mniej, czasem bardziej – efektem jest jednak to, że fachowcy z Croteam w prosty sposób zrobili “coś z niczego”. Niestety, ten sposób nie przypadł mi do gustu. Podobny proces możemy zaobserwować, gdy spojrzymy na poszczególne, pokojowo nastawione rasy zamieszkujące światy, które odwiedzamy. Na każdej wyglądają prawie tak samo, zmieniony mają jedynie kolor skóry, szczegóły typu wielkość uszu, czy ust. Jednak podstawowa "bryła” pozstaje niezmieniona, niemal przez cały czas rozgrywki (na ostatniej planecie rasa jest już zbudowana chyba od podstaw). Można jednak łatwo znaleźć swoich ulubieńców, ponieważ nieraz pomysły autorów zaskakują błyskotliwością i bezsensownym humorem.

Oczywistym faktem jest, że nie jesteśmy bezbronni wobec atakujących nas hord. Do naszej dyspozycji autorzy oddali 15 rodzajów broni – nie tylko palnej. Wśród klasycznych podwójnych Magnum, shotgunów, Miniguna, Uzi, snajperki, rakietnicy, znajdziemy również tak osobliwe narzędzia do destrukcji jak papuga z bombą (nadana przez autorów nazwa to Jadowitus Kakadus vulgaris :)). Moją ulubioną bronią w grze jest armata. Po prostu przebija wszystko. Do narzędzi likwidacji możemy zaliczyć działka stacjonarne, które spotykamy dość często podczas przemierzania świata gry. Pojawiają się one głównie wtedy, kiedy naszym głównym zadaniem jest obrona wioski, bądź miasta.

Mamy też do czynienia z rozmaitymi power-upami - podstawą jest oczywiście zdrowie i pancerz. Ponadto autorzy udostępnili nam parę dopalaczy, ułatwiających i uprzyjemniających rozgrywkę – zaczynając od zwiększenia mocy broni po pięciokrotne podwyższenie skoków.

W dzisiejszych czasach praktycznie żaden szanujący się FPS nie może obejść się bez pojazdów. Ekipa Croteam podąża z duchem czasu, co doskonale widać w ich najnowszej produkcji. Może nie mamy zbyt dużego wyboru, ale podstawione przez autorów środki przemieszczania się w zupełności wystarczą. Należy wspomnieć, że nie są to tylko i wyłącznie środki lokomocji. Mają one zaimpletowane eleganckie ofensywne bajery, dzięki nim możemy zaoszczędzić sporo czasu i nerwów, poziomy są bowiem sporej wielkości.

Wielkość to nie jedyna zaleta poziomów w Serious Sam 2. Na każdym kroku widać kunszt autorów, były momenty wytchnienia, podczas których przystawałem czerpiąc przyjemność z wpatrywania się w świetnie zaprojektowane poziomy. Takie pauzy podczas rozgrywki to zasługa silnika, słyszalem że ktoś określił go jako “wydajny”. Trudno mi się z tym zgodzić, na swoim sprzęcie, który uważam za dobry, pograłem w rodzielczości 1024x768 na niskich detalach. Nie zmienia to faktu, że gra mimo wszytsko wyglądała ładnie, ale nie zachwyciłem się. Trzeba przyznać, że jeśli chcecie w pełni cieszyć się w możliwościami SS2 – musicie mieć naprawdę mocny sprzęt.

Każdy z nas pamięta Unreala, był on pierwszą grą, w której muzyka zmieniała się w zależości od sytuacji dziejącej się na ekranie. Było to w roku 98/99 i od tamtego czasu wszystkie grupy deweloperskie trzymają się tego schematu. Serious Sam 2 łamie go w sposób prosty, muzyka czasem się zmienia, a czasem nie – mimo że na ekranie likwidujemy n-tego przeciwnika. Czy to złamanie konwencji jest irytujące? W żadnym wypadku, jest wręcz zabawnym i miłym urozmaiceniem. Miło jest unicestwiać kolejnego wroga, przy spokojnej, wesołej, bardzo miłej muzyce (zwłaszcza na poziomie stylizowanym na zaśmieconą, gigantyczną łąkę).

Serious Sam 2 ma wszystko to, co miał jego poprzednik, plus dużo więcej. To, co mnie w nim urzekło, to przede wszystkim humor, może nie tyle podczas gry, co w samych cut-scenkach, które połączone mogłyby bez problemu samodzielnie umilać nam czas. Dobra, bijąca jaskrawymi kolorami grafika, niezły dźwięk też nas nie zawodzi. Jednak coś jest nie tak. Zauważyłem, że w wolnej chwili nie chciało mi się siadać do gry, robiłem to pod pewnym przymusem. Wnioski mogą być różne – może jestem już za stary, a może rozgrywka, rozwalanie setek identycznych przeciwników z czasem może stać się monotonna. I to jest właśnie główna bolączka drugiej części przygód Sama Stone'a – tj. siadająca w miarę upływu czasu grywalność. A właśnie to cenię w grach najbardziej. Patrząc na grę pod kątem “odstresowywacza”, to produkcja sprawdza się idealnie. Zwłaszcza, że można rozegrać dowolny odblokowany wcześniej poziom. Siadamy, przechodzimy, wyłączamy i idziemy robić coś bardziej konstruktywnego (bądź też grać w coś innego). I właśnie takie podejście do Serious Sama 2 może tę grę uratować. Z pewnością nie nadaje się ona na nadchodzące długie zimowe wieczory.

Parę słów o polskiej wersji od Cenegi. Spolszczona jest jedynie instrukcja, miłoby było zobaczyć chociaż polskie napisy dialogowe w cut-scenkach, zwłaszcza że nie wymagałoby to tłumaczenia tysięcy stron maszynopisu. Cóż... Cenega ponownie się nie popisała (mam inne zdanie z tym "ponownie" - dop. Snake).

Podsumowując – polecam grę jako odstresowywacz. Warto przejść ją za jednym posiedzeniem (jakies 8 h maksymalnie) dla samych cut-scenek i humoru w nich zawartego. Po przejściu mamy dostęp do dowolnych poziomów, dzięki czemu gra staje się bardziej zaawansowanym “strzelaniem do kurczaków”.


Szymon "Haloon" Nowak