Każdy popularny ostatnio film musi mieć
swoją adaptację komputerową (bądź odwrotnie). Taka moda? Iniemamocni to druga
gra nawiązująca do animowanej produkcji pod tym samym tytułem, z którą mam
styczność (pierwsza to Iniemamocni: Rodzinka, na którą nie ma mocnych – zabawa
dla dzieci). Tym razem otrzymujemy produkt dla nieco starszych
graczy...
Zabawa trwa
Po ukończeniu „Rodzinki” poczułem lekkie
zainteresowanie Iniemamocnymi. Ciekawy pomysł (acz niezbyt oryginalny),
sympatyczne postaci, więc czym prędzej odpaliłem drugą otrzymaną grę sygnowaną
logiem CD Projektu, czyli Iniemamocni. Co odróżnia tę wersję od „Rodzinki”?
Przede wszystkich tamta była wersją dla dzieci od lat 3, a właściwie zestawem 10
prostych mini-gierek. Ukończenie tamtej produkcji dla starszego gracza (jak ja)
jest proste niczym konstrukcja młotka. Iniemamocni są dziełem przeznaczonym dla
nieco starszej publiki (od lat 7), no i przede wszystkim to jest zręcznościówka.
Po odpaleniu nowej przygody startujemy jako Bob (przypominam, że rodzina liczy
sobie 4 osoby i niemowlę: Boba, Helenę, Wiolkę i Maxa), który stara się
zatrzymać śmigłowiec. Początek rozgrywki jest także małym tutorialem – lektor
krok po kroku omawia podstawowe aspekty gry i zapoznaje nas z interfejsem.
Skaczemy,
bijemy...
I robimy szereg innych rzeczy. Zabawa
polega właściwie na znajdowaniu drogi poprzez aktualny etap (co nie znaczy, że
ta jest jakaś specjalnie zawiła – chwilę pobłądzić zdarzyło mi się raz czy dwa)
i kopaniu tyłków różnym oprychom. Napotkamy mimy, strażników, roboty i inne
dziwadła. Rozwalanie wrogów właściwie wymaga od nas używania tylko dwóch
przycisków i czasem trzeciego do chwytów. Nie ma więc mowy o skomplikowanych
combosach czy innych zawijasach. Nasi bohaterowie posiadają także atak
specjalny, którego użycie wymaga poświęcenia cząstki mocy (ta się ładuje gdy
niszczymy oponentów oraz za zbieranie specjalnych znaczków). Na każdym z etapów
spotkamy po kilka checkpointów, które (w razie niepowodzenia) umożliwiają
kontynuacje gry od miejsca ostatniego z nich. Co jakiś czas na drodze naszych
herosów staną bossowie, jak wspomniany helikopter, za którym przez parę etapów
uganiał się Bob i jego żona, czy mechaniczny robot (szczególnie upierdliwy).
Walka z nimi przedstawia się w sposób klasyczny: ja wykonuję atak, on ruchy a,
b, c. Warto dodać, że gra momentami bywa frustrująco trudna! Bardziej
doświadczony gracz w końcu sobie poradzi, ale młodszy (do których produkcja jest
skierowana) może nie dać rady. Przykładem niech będzie walka z robotem – gość
posiada 3 „formy” (3 razy należy odebrać mu pełen pasek energii, a my walczymy
na jednej – nie licząc apteczek), atakuje dość często, ciężko wyczaić moment do
kontrataku, a „wtopa” w np. 3 „rundzie” oznacza konieczność walki od nowa. Sam
męczyłem się z nim parę razy, a zginięcie po 15 minutach potyczki omal nie
doprowadziło mnie do furii. Nie oznacza to, że są to elementy nie do przejścia
dla normalnego człowieka, ale powiedzmy sobie jasno, że 10-latek będzie miał
spore problemy.