Przypuszczam, że niewiele znajdzie się osób, które nie słyszałyby jeszcze tej radosnej nowiny – Settlersi powstali z martwych i na dniach zagoszczą na naszych monitorach. Moja miłość do tej gry rozpoczęła się wraz z drugą częścią, tak więc z niecierpliwością czekałam na to, co przyszykowali nam panowie z Blue Byte Software. Drżałam ze strachu, czy Osadnicy nie stracą swojej szczególnej, uwielbianej przez wielu atmosfery. Pierwszy niepokój zagościł w mym sercu po wizycie na oficjalnej stronie Settlersów. Zamieszczone tam screeny były całkowicie różne od tego, czego się spodziewałam. Okazało się też, że tym razem mamy mieć do czynienia z indywidualnymi bohaterami! Jak?! Po co? Jeszcze kilka pomniejszych innowacji i głowa opadła mi nisko, a radość uleciała z mego serca. Jedyne, co mi się spodobało po tym pierwszym spotkaniu, to wygląd budynków…
Od jakiegoś już czasu wszyscy miłośnicy kultowych The Settlers mogą cieszyć się demem najnowszej odsłony z tej serii. No i w końcu parę dni temu ja także miałam możliwość przekonać się na własnej skórze, cóż tam postanowili zaserwować nam twórcy. Psychicznie nastawiona na spory ubytek nerwów podjęłam się, dość szybkiego w tym wypadku, procesu instalacji. Produkt zaoferował mi dwie mapy do wyboru (aktualnie na oficjalnej stronie dostępna jest też następna, tym razem do rozgrywki wieloosobowej), gdzie jedna z nich to dość przyjemny tutorial. Szybkie opanowanie zasad, wyznaczenie niejasnego celu do osiągnięcia i zostajemy rzuceni na głęboką wodę. W tym momencie następuje kilka chwil konsternacji, bo właściwie nie wiadomo, czego mamy dokonać. Jakoś nasz Mentor, który wprowadził nas w świat nowych Settlersów, zapomniał nam wspomnieć, czego się po nas oczekuje. Na szczęście my przecież bystrzy jesteśmy i dochodzimy do jedynie słusznego wniosku, że trzeba iść skopać kilka tyłków. Szybki rozwój wojska i ruszamy odbić naszego człowieka z rąk nieprzyjaciół. Brawo! Udało się – w nagrodę poklepmy się po plecach. Czułam jednak pewien niedosyt i niezadowolenie. No bo jak to tak – ani się człowiek obejrzał, a już było po wszystkim! Ledwo się orientuję, jak to zrobiłam!
Z tym też okrzykiem desperacji na ustach porwałam się od razu na drugą mapę. Tu ze zrozumieniem zasad i wdrożeniem się w rozgrywkę było już dużo lepiej. W końcu mogłam spokojnie chłonąć to, czym jesteśmy karmieni w tym demie. Tutaj też byłam w stanie sformułować swoje pierwsze zarzuty i pochwały dla gry. Do jakich więc wniosków doszłam?
Po pierwsze, moim skromnym zdaniem, to jest zupełnie inna gra, niż poprzednie części The Settlers! Lepsza czy gorsza? Z wydaniem tej opinii wstrzymam się jeszcze, do czasu przetestowania pełnej wersji. Dlaczego jednak inna? Odpowiem pytaniem, choć to podobno niekulturalnie – gdzie są nasi słodcy Rzymianie?! Gdzie inne cywilizacje, którymi mogliśmy podbijać świat i dążyć do doskonałości? W Heritage of Kings lądujemy w całkiem przeciętnej okolicy z okresu średniowiecza. Nie ma, że chcemy Rzymian, Azteków czy jeszcze kogoś innego! Jest jedna cywilizacja i kropka. Naprzeciw siebie nie stają więc odmienne kultury i style życia, ale po prostu sąsiedzi zza miedzy. Ja wiem – w pierwszej chwili to boli, bo wciąż w pamięci przechowujemy radosne chwile spędzone chociażby z The Settlers 4. Bardzo w tej kwestii pomaga potraktowanie nowej części, jako czegoś zupełnie oderwanego od znanej nam serii.