Upadek... Tak tylko można nazwać to, co pozostało z naszej - niegdyś pięknej i zielonej - planety. Od czasu katastrofy w 2062 roku, kiedy to nieznana sekta przy pomocy hakerów i brutalnej siły skaziła atmosferę, używając do tego Terraformerów, cała technika, dotychczasowe naukowe osiągnięcia i wynalazki poszły się pieprzyć. Nie wiesz co to Terraformer? Co ty, dopiero wnętrze matki opuściłeś?! Maszyny te miały wypełnić atmosferę Marsa dwutlenkiem węgla, aby spowodować ocieplenie klimatu i, w konsekwencji, umożliwić kolonizację czerwonej planety. No, ale plany trochę się pokrzyżowały, prawda? Terroryści, nie wiadomo w ogóle dlaczego, „przeprogramowali” Terraformery i wpuścili do naszej atmosfery tyle dwutlenku węgla, że człowiek nocy od dnia nie odróżniał. Temperatura podniosła się znacznie, pogoda dostała trypla, wszystko wywróciło się do góry nogami, sod... sodomia i gomoria, bracie! I tyle. Jeśli chcesz skutków, rozejrzyj się. To zabawne, że rasa ludzka, jako jedyna ze wszystkich, w przypadku globalnego zagrożenia jeszcze bardziej dzieli się i zagraża sobie nawzajem, zamiast się wspierać.
Tuż po katastrofie, jak grzyby po deszczu, zaczęły się mnożyć gangi pustoszące i tak już zniszczone tereny. Nie pamiętam tego za dobrze, byłem wtedy mały, jednak w przyszłości miałem się boleśnie przekonać o niebezpieczeństwach związanych z tym zasranym światem. W 2083, gdy podróżowałem, moja rodzinna wioska została najechana przez jeden z gangów. Mieszkańców zarżnięto jak psy... Gdy wróciłem i zobaczyłem pobojowisko, miałem ochotę wyć. Przez cztery dni zakopywałem zwłoki, w tym mojej matki i siostry, myśląc wyłącznie o zemście. Chciałem rozwalić łby sukinsynom, którzy przyczynili się do tego zniszczenia. Chciałem... ale nie wiedziałem jak... W końcu, gdy błąkałem się bez celu po Pustkowiach, opowiedziano mi o Rządzie Nowego Porządku, tworzącym się na południowym zachodzie naszego pięknego kraju zwanego Stanami Zjednoczonymi. Na pewno przyda im się najemnik, który wejdzie w skład służb, utrzymujących ład i porządek. A na dodatek rząd ma zaopatrywać swoich podopiecznych w wodę, żywność i broń. Czas ruszać. To jedyny sposób na zemstę...
Tak w „skrócie” przedstawia się fabuła gry. Nie ma chyba szans, by historia ta nie kojarzyła się z wielkim, legendarnym Fallout’em. To fakt - twórcy wyraźnie opierają się na wspaniałych, postnuklearnych rozgrywkach, a zwłaszcza chyba na Fallout Tactics: Brotherhood Of Steel. Nie dość bowiem, że „pilnujemy porządku” w obrębie spustoszonych ziem USA, to na dodatek stajemy na czele sześcioosobowego oddziału, w którym każda postać jest indywidualna i posiada całkowicie odmienne cechy. Brzmi znajomo, prawda?
Gra ma być w pełnym trójwymiarze. Grafika zapowiada się bardzo smakowicie, a postacie i otaczający je świat zrobione są z dbałością o szczegóły i odpowiednim realizmem. Krainy, które będziemy przemierzać, w większości są brudne, ciemne i zawalone odpadkami, czyli tak jak powinien wyglądać dotknięty katastrofami świat, pełen czyhających na podróżników i śmiałków niebezpieczeństw. A skoro mowa o niebezpieczeństwach - do ich pokonania autorzy udostępnią około 500 różnych rodzajów zbroi, broni i innych, umożliwiających przeżycie i zemstę, części, w tym kilka rodzajów pojazdów, za których sterami będzie można zasiąść. Walki mają odbywać się w trybie czasu rzeczywistego lub turowego, co znów kojarzy się z Fallout Tactics. Ale, z drugiej strony - czy to źle?
Na szczęście przewiduje się kilka nowości, których nie ujrzeliśmy w postnuklearnej serii - jest to na przykład polowanie czy zdobywanie wody. Nie wiadomo jeszcze, jakich wrogów przyjdzie nam spotkać, jednak gdy przeczytałem wzmiankę o polowaniach, wyobraziłem sobie głodną drużynę, goniącą z nożami oszalałego ze strachu, wielkiego i cuchnącego mutanta, starającego się schować pod najmniejszy kamień. Może jestem spaczony, ale mnie to rozśmieszyło...
Cóż można jeszcze powiedzieć? Około 50 godzin głównego wątku gry, możliwość zabawy w trybie cooperative ze swoimi sześcioma znajomymi, zależności pomiędzy członkami drużyny, rozbudowane wątki dialogowe... The Fall: Last Days Of Gaia będzie na pewno bardzo interesującą pozycją dla miłośników Fallout’a i RPG w ogóle. Oczywiście autorzy, czyli firma Silver Style (znana z takich gier jak chociażby średni Gorasul i odrobinę lepsi Soldiers Of Anarchy), zaprzeczają jakoby ich tworzący się produkt miał cokolwiek wspólnego z wyżej wymienionym programem, jednak gracze wiedzą swoje. I, jeżeli gra będzie dobra, polecą do sklepów, zapominając o raju utraconym, zwanym Fallout 3. Kto wie, może i ja będę wśród nich...
Prognoza: dobra