Pędzisz fenomenalną prędkością. Wokół ciebie widać jedynie rozmazane barwy neonów i słychać ogłuszający ryk silnika. Nagle przeciwnik próbuje wyprzedzić cię po zewnętrznej. Lekkim skrętem spychasz jego wóz i koleś ma nieprzyjemne spotkanie z pobliską latarnią. Prujesz dalej przed siebie, wtłaczając jednocześnie do silnika podtlenek azotu. Wóz dostaje niezłego kopa, a pierwsza zasada dynamiki Newtona mocno wciska cię w fotel. W końcu przejeżdżasz metę. Teraz czeka cię chwała i całus od skąpo ubranej dziewczyny. Oczywiście dostajemy tez niezły zwitek zielonych banknotów, który już wkrótce czas wydać na nowe felgi.
Powyższy akapit najlepiej przedstawia pierwszą część Need for Speed: Underground - gry opartej w swojej idei na widowiskowym (swoją drogą wyjątkowo kasowym) filmie „Za szybcy, za wściekli”. To właśnie nielegalne nocne pościgi samochodowe dostarczały niezapomnianych wrażeń, gracze wręcz oszaleli na punkcie tuningu i wariackich prędkości. Skoro wiec jest popyt na tytuł, to czemu nie miałaby powstać druga część? Pytanie oczywiście retoryczne, bo jak wiadomo, właśnie czytacie recenzję Underground 2.
Wspaniałość NFS:U nie była jedynie kwestią przypadku. Twórcy gry - studio Black Box Games pod kierownictwem słynnego Chuck’a Osieja, a pod patronatem Electronic Arts - okazują się wyjątkowo ambitni, wprowadzając tym samym do nowej odsłony Underground odważne (by nie rzec rewolucyjne) zmiany jak na tego typu samochodówkę. Posunę się nawet do stwierdzenia, że gra czerpie garściami z Grand Theft Auto! Nie uprzedzajmy jednak faktów. Zacznijmy od samego początku.
3...2…1… START!
Znacie zapewne to uczucie, kiedy na ekranie monitora trwa instalacja długo oczekiwanego (a czasem ciężko wypracowanego - bo zakupionego za własne pieniądze) tytułu. Czas dłuży się wtedy nieubłaganie, pasek procentowy porusza się niczym żółw, a my nie umiemy się wprost doczekać pierwszego uruchomiania gry. Zgrywanie danych z dwóch krążków CD (bo tyle jest płyt w tym przypadku) wreszcie dobiega końca. Klikamy w skrót na pulpicie.
Naszym oczom ukazuje się filmik, podczas którego wita się z nami niejaka Brooke Burke. Ta młoda dziewczyna, znana ze zdolności do pozowania topless w niektórych czasopismach dla panów, podkłada głos Rachel (o niej już za chwilę). We wstępnym filmiku Brooke ostrzega nas, iż to tylko gra i w realnym życiu mamy obowiązek jeździć samochodem wolno i ostrożnie z zapiętymi pasami. Osobiście nie sądzę, by w ten sposób miano uniknąć incydentów typu „zabił bo grał w grę X”, ale może to choć trochę pomoże prawnikom z Electronic Arts :-).
No dobrze, trafiamy do menu głównego, a z niego już tylko krok do uruchomienia trybu kariery. Rozpoczyna się on wstawką fabularną, której treści nawet nie ma sensu przedstawiać. Powiem tylko, że poznajemy wspomnianą już Rachel i od tego momentu towarzyszy nam ona (i nie tylko ona) w drodze na szczyt kariery w roli przewodniczki po „podziemnym” światku.
Przełom, rewolucja, zmiany…
Już na samym początku rzuca się w oczy największa nowość. Mam tu na myśli otwarte miasto, dające pełną swobodę. Siedzimy w samochodzie i możemy robić niezobowiązujące wycieczki po ogromnej metropolii. Tu właśnie ujawnia się kilka podobieństw do GTA.
W Underground 2 pozbyto się chyba najgorszej wady poprzedniej części, kiedy to w głównym trybie kariery natrafialiśmy na pewien felerny rajd, którego za Chiny nie dało się ukończyć (no, może nielicznym się udawało), co z kolei wiązało się z brakiem dostępu do dalszych tras. Ów problem wzięto sobie do serca i postanowiono stworzyć tryb Single Player w dużej mierze nieliniowy! Kolejność oraz ilość wyścigów, w których będziemy uczestniczyć, zależy od naszego widzimisie. Na mapie całego miasta pojawiają się punkty - wystarczy do takowego podjechać i już rozpoczynamy daną imprezę.