Gry, których akcja toczy się w czasach
wojny wietnamskiej, jakoś nie mają szczęścia. Szumnie zapowiadany ShellShock
okazał się raczej średni. Kiedy wreszcie doczekamy się dzieła ukazującego
konflikt wietnamski zasługującego na najwyższe noty? Men of Valor dołącza do
kręgu produkcji o brudnej wojnie. Nie, czekaj - daj mu szansę...
Drop Zone
Firma 2015 (to ci od serii Medal of Honor)
postanowiła zmienić nieco front swoich działań. I tak z lat 40-tych przenosimy
się do 60-tych, do miejsca zwanego piekłem na ziemi - Wietnamu. ShellShock miał
pokazać ten konflikt z czarnej strony - mordy, gwałty, mnóstwo krwi, narkotyki.
Ile z tego prawdy - zainteresowani wiedzą. Men of Valor wkroczył cichaczem (no,
prawie) i od razu podbił me serce jako produkt „wietnamski”. W tej produkcji
wcielamy się w rolę czarnoskórego żołnierza Armii Amerykańskiej (private first
class) - Dean’a „The Shepard” Shepard’a. Dean jest po prostu kolejnym, czarnym
„mięskiem” zesłanym w sam środek tego bagna. Mięskiem, które żyje, myśli, czuje,
ale nie ma nic do gadania. Mięso armatnie. Aby zwiększyć trochę jego szansę na
przetrwanie (i zaoszczędzić wojskowym pieniędzy na papier, na którym piszą listy
z kondolencjami do rodziny) proponuję zapoznać się z zasadami rządzącymi tym
tytułem w prostym tutorialu. Jest on bardzo podobny do treningu znanego z Call
of Duty. Mamy czołganie się pod ogniem CKM-u, czy też zapoznanie się z
najpopularniejszymi broniami. Proste, nie wnoszące nic nowego, ale radzę
zaliczyć.
A karabin jest mą
muzą...
Po przybyciu do koszar (Da Nang) na krótką
chwilę włączamy się do gry piłką od rugby i jednocześnie poznajemy naszych
towarzyszy. Sprawa się komplikuje, gdy nagle na bazę spadają pociski! Trzeba
działać. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a po chwili znajdujemy się w
wirze walki. My i nasze M14. Standardowo nasz wojak wyposażony jest w broń
przyznawaną służbowo. Zazwyczaj jest to wspomniane M14, a czasem do naszych rąk
trafia M1 (czyli po prostu znanym wszystkim Thompson) oraz granatnik M-79 i parę
granatów. Oczywiście amunicja rzadko kiedy starcza na całą misję. Jest i na to
rada. Martwe ciała można przeszukiwać, a „noszą” one zazwyczaj kantynę czy też
różne medykamenty, oraz amunicję i broń. Oczywiście raczej się nie zdarza, żeby
przy ciele martwego Wietnamczyka udało się znaleźć amunicję do broni
amerykańskiej. Zamiast tego można podnieś jeden dodatkowy karabin, jak SKS czy
starą, dobrą Pepeszę (PPSH41). A że są one używane przez regularną armię
Wietnamu oraz partyzantkę (Vietcong), to amunicję do nich znajduje się dość
często. Broń posiada dwa tryby strzelania, i tak na przykład M1 można przestawić
na ogień automatyczny i półautomatyczny. Fajną sprawą jest tu granatnik - oprócz
granatów można do niego wsadzić pociski walące grubym śrutem (buckshot).
Przydatność takiej czegoś jest równa niemal zeru, ale zawsze to ciekawostka. Tu
zdarza się też pewien błąd. Otóż nie wiedzieć czemu, martwi Wietnamczycy nie
zawsze mają przy sobie broń (choć „za życia” ją posiadali). Stwarza to nieco
paradoksalne sytuacje, w których biegnąc przez cały poziom (miałem tak np.
podczas nocnego patrolu) nie znajdziemy ANI JEDNEJ broni przy martwym osobniku.
W drugiej połowie wspomnianego poziomu musiałem ładować uprzednio zapisany stan
gry, gdyż nie miałem amunicji! Standardowo czasem przyjdzie nam zasiąść za
karabinem wmontowanym (CKM) pozostawionym przez Vietcong, czy też tym na
pokładzie śmigłowca UH-34.