Są gry, których właściwie anonsować nie trzeba. Mowa tu oczywiście o kontynuacjach takich hitów jak GTA, Call of Duty czy kolejnej części niekończącego się cyklu Medal of Honor, o której traktuje poniższy artykuł...
Gdy teatrem działań nie jest zachód...
Najpopularniejszy front wojenny (zachodni) był teatrem działań największych operacji wojskowych. Nic dziwnego, że producenci gier komputerowych zazwyczaj swoje wojskowe produkcje umieszczają właśnie w „bardziej rozwiniętej Europie”. Pierwszy MoH, który zrewolucjonizował rynek gier na PC (Allied Assault), opowiada o losach żołnierzy walczących na europejskim polu bitwy (ach, ta Normandia...). Kolejne dwa dodatki do tego hitu – Spearhead i Breakthrough, przenosiły nas do Holandii i Tunezji (Afryka Północna, Sycylia, Włochy). Tym razem programiści z EA Games poszli o krok dalej i akcję ich najnowszego dzieła pt. Medal of Honor: Pacific Assault (u nas znany jako Wojna na Pacyfiku) postanowili umieścić w okolicach oceanu Spokojnego. Przedstawiony w grze konflikt toczy się na wyspach Pacyfiku, gdzie każda z nich jest zaciekle broniona przez gotowych do walki Japończyków.
Śmierć o poranku
Po wrzuceniu prawie 5 GB na dysk twardy (gra została wydana na płycie DVD), co trochę trwało, mogłem wreszcie rozpocząć długo oczekiwaną zabawę. Produkcja rozpoczyna się od ataku japońskich myśliwców na Pearl Harbor (1941). To właśnie ta operacja zmusiła Amerykę do wkroczenia do wojny, która już od 2 lat toczyła się na świecie. Ich neutralność została przerwana, a my jako żołnierz Armii Amerykańskiej – Tommy Conlin, musimy skopać kilka żółtych tyłków. Przed rozpoczęciem gry właściwej, będziemy musieli zaliczyć standardowy tutorial, który na pewno się przyda nawet największym maniakom Medal of Honor, gdyż Pacific Assault zawiera kilka nowości. O tym jednak nieco później. Po przybyciu do bazy (mowa cały czas o Pearl Harbor), w której zaczyna się gra, na pewno chwilę spędzimy na podziwianiu dbałości włożonej w jej wygląd. Kwatery oficerskie, spacerujący żołnierze, marynarze, ludzie grający w piłkę – wszystko to naprawdę tworzy miły dla oczu efekt. Spokojnie podziwianie plenerów nieodwracalnie kończy atak myśliwców (Zero). Sytuacja diametralnie zmienia się jak w kalejdoskopie. Ze spokojnej oazy tworzy się pole walki, miejsce, gdzie ludzie starają się przeżyć bezlitosny i krwawy atak japońskich maszyn (mała ciekawostka: celem ataku było zatopienie amerykańskich lotniskowców, które jednak zdążyły wcześniej wypłynąć i żaden nie został zniszczony). Sytuacja dotyczy również postaci gracza. Pierwszym celem jest dojście w całości na łódź. Już podczas tego zadania będziemy podziwiać inną rzecz: mianowicie rozmach produkcji i jej filmowość. To, co dzieje się na ekranie, przypomina akcje żywcem przeniesione z filmu Pearl Harbor! Walka nie toczy się tylko w aktualnym miejscu pobytu gracza, ale wszędzie tam, gdzie sięga nasz wzrok. To wszystko dzieje się bez wyraźnego spadku ilości wyświetlanych klatek animacji (choć wymagania sprzętowe są dość duże). Pierwsza misja pokazuje rozmach tej produkcji. Bardzo szybko staniemy się strzelcem karabinu łodzi, będziemy musieli ratować załogę tonącego statku (świetna realizacja!), czy też bronić własnych okrętów jako operator działa przeciwlotniczego.