Niekiedy trafiają się takie gry, które dla
jednej grupy użytkowników stanowią istny majstersztyk, dzieło nie do przebicia,
dla innych jest to natomiast produkt, o którym chcą jak najszybciej zapomnieć.
Takim właśnie tytułem jest NHL 2005, i choć mógłbym przedstawić najnowszą
produkcję EA Sports w zupełnie innym świetle, będę się nad nią nieubłaganie
pastwił. Akurat należę do tej drugiej grupy graczy...
Czas szybko
leci
Pamiętam, że pierwszą moją grą komputerową
podejmującą temat hokeja, był również produkt EA Sports, tyle że z roku
dwutysięcznego. Grało się całkiem miło, mimo tego, że rozgrywka nie była zbyt
realistyczna. Na tamte czasy potrafiła jednak w zupełności spełnić moje
wymagania. Później już nie uświadczyłem pełnych wersji NHL-a, chociaż pogrywałem
całkiem długo w demo NHL 2001. Tam to dopiero była rozrywka. Pełen dynamizm,
dużo bramek, świetna grywalność. Czegóż więcej chcieć? O kolejnych częściach
wiem tyle, ile przeczytałem w prasie. Gdzieś tam były jakieś karty dodające
umiejętności, gdzieś był motion meter. Próbowano, dodawano, eksperymentowano.
Skutki były różne, ale specjalnie wysokich not NHL nie zbierał. Przyszedł w
końcu czas, w którym dane mi było porównać, ile w hokejowym światku gier
komputerowych zmieniło się przez 4 lata.
Przed
rozgrywką
W grze kierujemy jedną z drużyn najlepszej
ligi hokejowej na świecie. Możemy też stoczyć bój międzypaństwowy w
Mistrzostwach Świata. W tych prestiżowych rozgrywkach nie ma oczywiście Polski,
gdyż nasza reprezentacja narodowa jest po prostu za słaba. Sam Czerkawski meczu
nie wygra, w dodatku nierówne lodowiska stanowią dodatkowe utrudnienie w
dokładnym zaadresowaniu krążka - czy to do bramki, czy do kolegi z zespołu.
Skupmy się jednak na podstawowych sprawach, czyli lidze NHL. Możemy wybrać
pojedynczy mecz, lub jeden sezon, jednak podstawową opcją jest Dynasty Mode™.
Prowadzimy w niej swoją drużynę przez kilka sezonów. Przed rozpoczęciem
rozgrywek poznajemy cel danego zespołu, czyli poziom, do którego mamy ją
doprowadzić. Wymagania te często są zawyżone. Zespoły słabsze kadrowo myślą o
zakwalifikowaniu się do fazy pucharowej, te trochę lepsze o finale konferencji,
natomiast potentaci ligi nie są w stanie wyobrazić sobie siebie bez Pucharu
Stanley’a (bo o to przecież idzie). Dostajemy określoną kwotę na przygotowanie
drużyny do rozgrywek. Odpowiednią część finansów należy przeznaczyć na treningi,
skautów szukających dla nas hokejowych talentów, czy utrzymanie trenerów i
fizjoterapeutów. Posiadamy również skrzynkę mailową, do której otrzymujemy
wiadomości o statystykach ligowych, propozycje zamiany zawodników i różne inne
informacje. Menu jest przejrzyste, a każdą opcję łatwo odnaleźć. To wszystko
dobre jest jednak dla managerów, a nikt nie kupuje NHL-a, aby oglądać tabelki i
analizować cyferki. Każdy chce przecież tej ostrej, męskiej gry, dopingu
publiczności, radości ze zwycięstwa i smutku po porażce (no, to ostatnie może
trochę mniej...
Face-off
W trakcie ładowania się meczu gra pokazuje
jedną z gwiazd NHL i jej statystyki na przestrzeni ostatnich lat. Kiedy wszystko
jest już gotowe, wita nas szum rozradowanej publiczności i żywy głos
komentatora. Powróćmy jednak do kibiców, bo trzeba zaznaczyć dwie istotne
rzeczy. Jak zawsze wygląda ona jak po spotkaniu z walcem drogowym i nie mam
pojęcia, kiedy można spodziewać się poprawy w kwestii wizualnej. Natomiast warty
wspomnienia jest fakt, że nie wypełniają oni hali do ostatniego miejsca - dolne
rzędy świecą pustkami. Jednak na każdy mecz przychodzi dokładnie tyle samo osób.
Czy to nie dziwne? Duet komentatorski żwawo relacjonuje przebieg spotkania. Ale
w tej kwestii nic się nie zmieniło - spiker od lat jest ten sam. To akurat plus,
gdyż jego wypowiedzi nacechowane emocjami są naprawdę górnolotne i praktycznie w
tej kwestii nie można nic zarzucić programistom z EA Sports.