Szczerze powiem, że po European Assault nie spodziewałem się rewolucji, ani tym bardziej ewolucji, lecz jedynie solidnej produkcji – starego, dobrego Medal of Honor. I muszę stwierdzić, że moje oczekiwania w pełnym stopniu zostały spełnione, aczkolwiek gra sprawia wrażenie robionej na szybko i uboższej. Ale szczegółowo o lokacjach za moment, najpierw zajmijmy się fabułą.
Tym razem bohaterem gry jest amerykański porucznik - William Holt, który służy w OSS (czyli brytyjskim Biurze Służb Strategicznych). Ów hero zostaje wysłany przez szefa w/w organizacji, czyli Williama „Dzikiego Billa” Donovana, na tereny Europy i Afryki Północnej, celem wykonania szeregu (dokładnie 11) misji na wrogich terenach. Zadania wypełniasz w latach 1942 – 44, czyli podczas II wojny światowej. Nie da się ukryć, że sama otoczka fabularna jest bardzo płytka i jest tylko pretekstem do zabijania setek wrogów, przesuwania dźwigni czy podkładania bomb. A jak wyglądają same misje? A to mamy za zadanie unicestwić silniki rakiet V2, albo niszczymy kwaterę dowództwa w ZSRR a konkretniej w Stalingradzie, zaś na samym końcu zostajemy skierowani na tereny zachodnie, gdzie w Ardenach próbujemy opóźnić kontrofensywę. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które grały w European Assault i muszę stwierdzić, że ich opinie bardzo mnie zaskoczyły. Ja osobiście uważam, że fabuła jest bardzo ciekawa, jednak – jak to w FPS’ach bywa – równie dobrze mogłoby jej nie być, i wtedy radość z zabijania wrogów byłaby równie wysoka. Inni twierdzą, że to właśnie zróżnicowane misje – wg nich – dają całą frajdę z grania. No cóż, co gracz to opinia. Jednak w jednym można się zgodzić, nowy MoH jest niesamowicie grywalny, ale niestety krótki, przez co zanim się porządnie rozpędzimy, musimy już kończyć...
Sama rozgrywka nie różni się mocno od tej, którą znamy z poprzednich części. Cały czas jest to ten sam MoH (prawie). Jak zwykle przed rozpoczęciem danej misji otrzymujemy odprawę, program pokazuje nam na ekranie, listę zadań do wykonania (możliwe jest również odblokowanie celów pobocznych, ale to już wtedy, gdy biegamy po polu bitwy). Naszym głównym celem, poza - rzecz jasna - wykonaniem wszystkich głównych zadań, jest również ukończenie tych pobocznych i zdobycie medalu. Po zakończeniu etapu zostajemy ocenieni i odznaczeni, zależnie od wyniku jaki osiągnęliśmy, brązowym, srebrnym czy też złotym „krążkiem”.
Wachlarz ruchów bohatera jest solidnie rozwinięty, aczkolwiek pełen niedorzeczności. Możesz wychylać się zza przeszkód, kucać, a także czołgać się i skakać. Jednakże ta ostatnia możliwość pozwala nam na wskakiwanie do teoretycznie mniej dostępnych miejsc (do których musimy się udać, jak np. wskoczyć do budynku oknem), a nie możemy przeskoczyć przez mały płotek, bowiem autorzy zaplanowali mapę tak, że za owym płotkiem nic nie ma, to i my nie mamy czego szukać. Również z czołganiem się jest podobnie: jak musimy się gdzieś „wbić” to „musimy” i nieważne, czy prawdziwy soldier w trakcie wyprawy by sobie z tym poradził czy nie, taki jest cel misji, zatem nie ma wyjścia. I dziwi fakt, że w inne miejsca, w które powinniśmy dostać się bez problemu (duża przestrzeń, brak przeszkód) po prostu nie możemy dotrzeć (coś na wzór niewidzialnych ścian).
Wydaje mi się, że tworząc Wojnę w Europie, autorzy inspirowali się poniekąd niezbyt udanym (w moim odczuciu) tworem studia Gearbox Software, tj. Brothers in Arms: Road to Hill 30, bowiem zaimplementowano do gry opcję dowodzenia czteroosobowym oddziałem, którego skład zmienia się wraz ze zmianą terenu na którym działamy (rozkazujemy m.in. brytyjskim żołnierzom, ale także Amerykanom ze 101 dywizji). Możemy im narzucić miejsce, do którego mają się udać i wrócić później do nas – i to wszystko, a w praktyce i tak jest jeszcze mniej możliwości, bo chaos, jaki panuje podczas poszczególnych bitew uniemożliwia nam nawet wydanie prostego rozkazu z powodu braku czasu. Gra jest bardzo dynamiczna, cały czas coś się dzieje i powinniśmy mieć oczy dookoła głowy, aby nie zarobić seryjki w łeb. Aczkolwiek muszę dodać, że warto nie biegać po mapach jak opętanym, tylko spokojnie, najlepiej na kuckach przechodzić od punktu do punktu. Wystarczy chwila nieuwagi, ażeby poziom życia zmniejszył się o połowę, później przezywamy szok, idziemy chwilę dalej a tu niespodziewanie zza rogu kolejna grupka nieprzyjaciół i... wiadomo co? Nie, właśnie. W grze naprawdę trudno zginąć wbrew pozorom – nie wystarczą dwie solidne serie z wrogiego MP40, aby rozpoczynać od nowa. Po pierwsze mamy pod ręką zwykle kilka apteczek a także dostępne są dodatkowe życia. Zarówno jedne jak i drugie są rozrzucone po terenie, ale wypadają również z ciał zabitych przeciwników i jest ich sporo. Myślę, że tak duża ilość mało realistycznych ale jednak pomocnych opcji została udostępniona ze względu na brak jakichkolwiek punktów kontrolnych podczas misji. Zaczynamy na początku, kończymy po wykonaniu głównych zadań. Żadnego save game, żadnego checkpoint – kompletnie nic. Wyżej omówione przeze mnie rzeczy negatywnie wpływają na zabawę. Już lepiej, gdyby autorzy pokusili się o możliwość zapisania gry w dowolnym momencie, niż dawanie użytkownikowi dodatkowych „żyć”. Wtedy realizm byłby większy. Jaka szkoda, że nie byłem beta–testerem, podrzuciłbym panom z EA kilka pomysłów. :-)

Inteligencja przeciwników nie powoduje większego zażenowania, ale nie można powiedzieć, żeby wrogowie myśleli. Biegają po prostu sobie po mapie, zaprogramowani jak roboty i strzelają do wszystkiego, co jest ubrane inaczej niż oni – tj. do nas i naszych podwładnych. Czasem błysną, aczkolwiek jednak częściej zdarza im się szaleć, nie wiedząc co zrobić, ażeby nie zarobić kulki. Zupełnie inaczej – ale to chyba oczywiste – walczy się z grupką nieprzyjaciół aniżeli pojedynczo 1vs1. Bardziej wymagający gracze mogą ustawić sobie w grze najwyższy poziom trudności, wtedy zapewne będą mieli o wiele trudniejsze zadanie, żeby przejść grę – dla nie-weteranów, czyli zwykłych użytkowników, chcących czerpać przyjemność z grania, a nie biegać po polach bitew niczym w symulatorze żołnierza II wojny światowej, mimo wszystko polecam standardowy poziom trudności.
Do dyspozycji gracza oddano pokaźny arsenał, zawierający około dwudziestu narzędzi zbrodni, zarówno w postaci broni stacjonarnej, jak i podręcznej. Jakichkolwiek fajerwerków nie należy się jednak spodziewać, ponieważ są standardowo karabiny maszynowe, karabiny snajperskie, jest bazooka, a także granaty. Bronie zdobywamy, znajdując je w skrzynkach na mapie lub podnosząc po zabitym przeciwniku (jednak trzeba to zrobić szybko, bo dana „pukawka” znika po chwili, jeśli jej nie zabierzemy). Realizmu dodaje grze fakt, iż nie możemy przenosić naraz kilku karabinów maszynowych, snajperki i do tego bazooki. Ograniczono naszego żołnierza do możliwości biegania z dwoma rodzajami broni palnej i np. granatem. Trzeba myśleć, co się bierze ze sobą do dalszej bitwy, a co zostawia na mapie, bowiem nie raz zdarzają się sytuacje, w których wystrzelamy wszystko z magazynku i musimy wracać pół mapy po poprzednią spluwę. Zdaje się to być denerwujące, ale czasem po prostu „pozbycie się” całej amunicji uniemożliwia wykonanie misji...
Medal of Honor: European Assault nie powoduje ślinotoku, gdy się na niego patrzy. Oprawa wizualna naprawdę pozostawia do życzenia, widać, iż jest to (a właściwie powinien być) moment, w którym twórcy winni zaserwować graczom pełnoprawny sequel na zupełnie nowym silniku (no i pewnie na nowej konsoli). Ale z drugiej strony nie można powiedzieć, ażeby od patrzenia w telewizor bolały oczy – grafika jest solidnie wykonana, postaci w miarę wyraźne zaś środowisko przyzwoite. Ale nic ponadto. Poza tym tereny na których działamy nas ograniczają. Jak już wspomniałem wyżej, nie możemy np. przeskoczyć prostych murków, czy też przeczołgać się we wszystkie miejsce. Również nie mamy możliwości rozwalenia sporej ilości rzeczy umieszczonych na mapie, zostawić śladów broni na ścianie, wejść do wody, doszczętnie rozwalić jakąś skrzynkę, etc.
Co zaś się tyczy muzyki, dostosowuje się ona do tego, co dzieje się na ekranie: w ważniejszych momentach jest bardzo dynamiczna, kiedy nic się nie dzieje po prostu ucicha, ażeby znienacka nas „zaatakować”. Samo jej wykonanie jest naprawdę dobre. Natomiast dźwięki – wystrzałów broni, jęków umierających żołnierzy, okrzyków, itd., po prostu perfekcyjne. Niezwykle realistyczne, dodające klimatu.
Muszę stwierdzić, iż nowe Medal of Honor jest solidną produkcją, zapewniającą – niestety – kilka godzin intensywnej zabawy, przepełnionej akcją, dynamiką, nieustającą walką. European Assault to bardzo klimatyczna gra, trzymającą w napięciu od początku do końca, w której autorzy – jak widać – przyłożyli się nie tyle do fajerwerków graficznych, efektów specjalnych, lecz popracowali nad grywalnością. I chwała im za to. Jednak z drugiej strony, mimo wszystko MoH: EA może nie przekonać do siebie bardziej wymagających graczy, którzy nie oczekują kolejnego dodatku do tej pierwszoosobowej strzelaniny, lecz liczą na nowy produkt a nie odcinek tasiemca (nie da się ukryć, że każdy MoH to oddzielny mission pack dodający powiewu świeżości do serii). Takowi niech się uzbroją w cierpliwość. Medal of Honor 2 na PlayStation 3 zapewne się pojawi.