Mało znana firma wydała niedawno grę
wyścigową London Racer Word Challenge. Gdy się przyjrzymy bliżej, to wyjdzie na
jaw, że Davilex począwszy od 2000r. co dwa lata serwuje nam tytuły, w których
ścigamy się po Londynie (i nie tylko). Okazuje się, że zarówno pierwsza, jak i
druga część London Racer’a, sprzedały się w nakładach blisko 600 tys.
egzemplarzy, i to w samej Wielkiej Brytanii. Czy najnowsza produkcja firmy,
wydana w Polsce przez Techland, jest w stanie osiągnąć taką popularność?
Szczerze wątpię…
Ready, set,
go!
Do wyboru mamy zaledwie trzy formy zabawy:
trening, pojedynczy wyścig, mistrzostwa. To standard, jeśli chodzi o tego typu
gry. Przejdźmy od razu do głównego trybu, czyli mistrzostw. Najpierw decydujemy
się na samochód, w którym za chwilę będziemy przemierzać trasę. A wybierać nie
ma za bardzo w czym, gdyż na początku dostępne są zaledwie cztery modele. Można
sobie za to określić kolor wehikułu - tu również mamy kwartet. Samochody nie są
licencjonowane, co więcej, nie posiadają nawet wymyślonych nazw. Po chwili
jesteśmy na starcie wyścigu. Zaczynamy razem z trzema konkurentami
komputerowymi. Każdy turniej podzielony jest na cztery mniejsze, w trakcie
których ścigamy się na czas, pokonujemy przeciwników w pojedynczym lub kilku
wyścigach, a suma punktów z nich wszystkich pozwala nam zająć odpowiednie
miejsce w końcowej klasyfikacji. Początkowo wystarczy być drugim, aby zaliczyć
turniej, jednak z czasem dochodzą różne trudności. Policja ustawia blokady na
drogach, wjeżdżamy w miasto, gdzie napotykamy na samochody „cywilne”, które
jednak dają nam się we znaki nie mniej, niż pojazdy konkurentów. Także służby
mundurowe nie ograniczają się do ustawiania zapór na trasach. W późniejszych
etapach wdają się w pościgi i potrafią nieźle dopiec, spychając nas na pobocze,
czy bez skrupułów wjeżdżając w tyłek. Jeśli chodzi o liczby, to czeka nas ponad
70 wyścigów, w trakcie których zwiedzimy 30 tras w kilku dużych miastach i
odkryjemy 20 modeli samochodów. Nie przypomina Wam to czegoś? Oczywiście - od
razu nasuwa się porównanie do świetnego Need for Speed: Underground, jednak to
zupełnie inna liga. Powiedziałbym nawet, że dwie albo trzy klasy dzielą oba
tytuły…
Lokacje
Jak już wcześniej pisałem, wyścigi
odbywają się na terenie kilku znanych i dużych miast. Jak sama nazwa wskazuje,
jedną z aren naszych działań będzie stolica Anglii - Londyn. Oprócz tego z
wirtualnymi przeciwnikami zmierzymy się we Francji, Niemczech oraz USA. Bardzo
ciekawą trasą jest amerykański park Yellowstone. Warto zwrócić uwagę na elementy
znajdujące się w nim - mijamy gejzery, wodospady i wzniesienia skalne. To
penetrujemy otwartą przestrzeń, to wjeżdżamy do lasu. Autorzy zadbali o to,
żebyśmy wiedzieli, w jakim mieście się aktualnie ścigamy, gdyż na trasach
umieścili charakterystyczne dla danego miejsca budowle. Bo któż nie rozpozna
Paryża po Łuku Triumfalnym, pod którym będzie mu dane przejechać?
Nitro
Kiedy znalazłem się na trasie pierwszego
wyścigu, przeżyłem szok. Rozpędziłem swoją furę do granic możliwości. Czwarty
bieg i nic wyżej. Wlokłem się, jakbym przyjechał zwiedzać miasto - takie jest
właśnie pierwsze wrażenie. Ale to była dopiero wprawka w to, co miałem zobaczyć
za chwilę. Licznik wskazywał blisko 130 mil na godzinę, a czułem jakbym jechał
nie prędzej niż 40. Autorzy zapomnieli o jednym z najważniejszych elementów w
grach wyścigowych - o poczuciu szybkości. Na szczęście pamiętali o takim
gadżecie, jakim jest silnik z napędem SO2 , czyli popularnym nitro. Przycisk
„shift” wyzwala trochę emocji w tym monotonnym wyścigu. Po jego naciśnięciu
(czyt. po użyciu napędu nitro) obraz rozmywa się, wskaźnik na liczniku dobija
nieśmiało do 200mph i wtedy dopiero czujemy tą ogromną prędkość. No ale niestety
wszystko co dobre, szybko się kończy i już za chwilę może nas spotkać uczucie,
jakbyśmy stanęli w miejscu, czyli powrót do 130mph. Na szczęście możemy
uzupełnić poziom nitro podczas wyścigu, zbierając gęsto rozsiane bonusy. Są też
takie usuwające zniszczenia naszego samochodu, który po zbyt wielu zderzeniach
zaczyna płonąć. Jeśli jednak wskaźnik „damage” zostanie zapełniony, oznacza to
dla nas tylko jedno - koniec wyścigu, zero punktów. Dlatego używanie turbo
napędu jest wskazane tylko na prostych odcinkach drogi, ewentualnie na łagodnych
zakrętach. Gwałtownie zmieniając kierunek jazdy przy takiej prędkości, łatwo
możemy wylądować na ścianie czyjegoś domu i przy okazji uszkodzić wóz. Zupełnie
inaczej pokonywanie zakrętów wygląda, jeśli jedziemy normalnym tempem. W tym
przypadku nie musimy nawet zdejmować nogi z gazu, gdyż w najgorszym razie
wpadniemy w lekki poślizg, który z łatwością da się skorygować.