Recenzja: Area 51 (PS2)

Autor: Norbert "Snake" Krajewski
Opublikowano: 20 czerwca 2005 r.

Area 51 - recenzja (PS2)

Shootery na PS2 są zaledwie namiastką tego, z czym borykają się użytkownicy pecetów. Przyznam się szczerze i bez bicia, że ostatnio grałem w strzelankę pierwszoosobową na konsole ponad rok temu. Przez ten czas naprawdę w tej dziedzinie zdążyłem pożegnać playstationowego Dual Shocka na dobre. Przyszedł czas, by sprawdzić, jak po takim czasie się spisuje. Panie i Panowie - przed Wami Area 51.

Z Archiwum-X

Strefa 51 to bodaj najbardziej tajne i strzeżone miejsce na świecie. Możesz być pewny, że po przekroczeniu punktu krytycznego tego obszaru świat o Tobie zapomni... Pewnie nie wiecie, co się tam znajduje, ale... ja już wiem. Niewiele już mi czasu pozostało, ale postaram się go wykorzystać, by przekazać Wam całą swą wiedzę na ten temat.

Pogłoski o przetrzymywanym tam UFO okazały się prawdą. Oni tu są. Ponadto jakiś durnowaty doktorek znalazł sobie zabawkę w postaci wirusa, którym zaraził cały kompleks. Nie zaskoczę specjalnie nikogo mówiąc, że rząd amerykański postanowił zatuszować całą sprawę. Każdy świadek, każdy dokument, każdy kosmita - to wszystko znalazło się na czarnej liście USA. Do akcji wysłano kilka oddziałów, znalazłem się też tam ja wraz z kolegami z grupy HAZMAT (hazardous materials). To miała być rutynowa misja - wchodzimy, czyścimy i wychodzimy. Boże, jak bardzo się myliłem, teraz bym chciał, by to nie było prawdą... Poznałem nawet prawdę o statku z Roswell. Wiem, że ta opowiastka wydaje się być niczym nad wyraz twórczym, gdyż setki podobnych historyjek zapewne czytaliście w wielu książkach i widzieliście w filmach S-F. Z tą różnicą, że moja historia zdarzyła się naprawdę.

Nihil novi

Po rozpoczęciu nowej gry gracz musi przejść trening wprowadzający w jej tajniki, po czym można przystąpić do rozgrywki właściwej - eksterminacji setek (jeśli nie tysięcy) ludzi, którzy przeszli na Ich stronę. Warto wiedzieć, że najmniejsze ugryzienie (niczym zombie) spowoduje utratę Twoich wartości moralnych, poczucia godności, po prostu człowieczeństwa... Nie brzmi zbytnio oryginalnie, prawda? No i dokładnie tak jest, moim zdaniem fabuła Area 51 nie jest jej najmocniejszą stroną. Na plus zdecydowanie zaliczam fakt, że głosu w grze użyczył sam David Duchovny (jako główny bohater, Ethan Cole), a i twórczość Marlyna Mansona (sic! Ja go nie znoszę) usłyszymy. Sam arsenał również zbytnio nie zaskakuje - karabin szturmowy, shotgun, pistolet (można używać jednocześnie np. dwa shotguny) to niemal standard w grach video. Do tego dochodzi jeszcze broń należąca do Obcych. Jako asysta naszemu herosowi służy komputer ze skanerem zamontowany na ręce - to właśnie za jego pomocą (po uprzednim skanie) odblokujemy sekrety. Służy on także do analizy powietrza czy zbieraniu dowodów przeciwko rządowej konspiracji.

Sama rozgrywka jest maksymalnie liniowa i oparta na skryptach, co mimo wszystko nie przeszkadza. Jednak bardzo szybko zdążymy się znudzić (albo i nie, zależy kto co lubi) zastępami wrogów zmierzającymi prosto pod rozgrzane do czerwoności lufy naszych giwer. Wrogowie specjalnie nie zaskakują, do ataku zazwyczaj używają ostrych szponów, jedynie co pomyślniejsze kreatury (których wcale nie brak) używają broni palnej. W przypadku zbyt dużego natężenia przeciwników nic nie stoi nam na drodze, aby użyć granatów. Skoro już przy eksterminacji jesteśmy, to chciałbym zwrócić uwagę na dość słaby rag doll. Martwe ciała układają się trochę za sztucznie (ale przynajmniej zazwyczaj nie pokracznie), ale żeby tego było mało, to nierzadko też wyskakują w powietrze jak poparzone.

W kupie siła

Na samym początku gry zaczynamy wraz z innymi członkami oddziału. Muszę przyznać, że walczą oni nie najgorzej, często odpowiednio reagując na sytuację na ekranie. Bywają naprawdę nieocenioną pomocą, gdyż gracz nie jest w stanie sam odeprzeć większości tak zmasowanych ataków (warto zdać sobie sprawę, że celowanie za pomocą gałek analogowych do najwygodniejszych nie należy). Właśnie wtedy z pomocą przychodzi asysta przyjacielskiego AI. Nierzadko nasz oddział napotka innych żołnierzy wysłanych w sam środek tego bagna, z którymi przyjdzie nam walczyć ramię w ramię.

Bardzo szybko okaże się, że... zostaniemy sami jak palec. Nasi ludzie po kolei zostaną zmasakrowani przez nieprzyjacielskie zastępy, a na polu bitwy ostoi się jedynie gracz, ale już nie jako bezgranicznie posłuszny wojskowy, tylko jako osoba, która chce przeżyć - zwyczajny, przestraszony człowiek. To diametralnie zmienia rozgrywkę i wręcz wymusi na graczu oddawanie bardziej precyzyjnych strzałów, gdyż każde pudło da potworowi dodatkową szansę do ataku. Bardzo mi się spodobało, że komputerowi wrogowie nie upodobali sobie gracza - co jest zjawiskiem nad wyraz częstym w grach - jako cel pierwszorzędny. Podczas rozgrywki odniosłem wrażenie, że kosmickie ścierwa nie wybierają - równie często (a nawet częściej, bo jest ich kilku) atakują kamratów z drużyny. I dobrze, bo i tak są nieśmiertelni, a dodatkowa okazja do oddania salwy we wroga jest jak znalazł. :)

Same zadania są raczej mało zaskakujące - przynieś, podaj, pozamiataj. To należy zabić kilkunastu wrógów czy zdobyć przedmiot A. Wszystkie stwarzają wrażenie schematyczności, co wbrew pozorom nie przeszkadza. Prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy...

Budzą się złe moce

Dość szybko, postać sterowana przez gracza staje się jednym z Nich, z tym, że przy pełni zmysłów, zdolna wykorzystać dane jej moce we właściwym i własnym celu (nieco jak w zbliżającym się Quake'u IV). Na krótki okres czasu można się przeistoczyć (ten czas zależy od wskaźnika posiadanego mutagenu, można go napełnić np. poprzez zabijanie wrogów) w Obcego. Wtedy nasze ataki za pomocą szponów stają się śmiertelnie niebezpieczne, a zdolność wystrzeliwania autonamierzalnych pasożytów jest dodatkowym atutem. Taka hulanka nie trwa długo i w krótkim czasie musimy powrócić do używania standardowej broni. Nie mniej jednak, gra jest tak zaprojektowana, że w niektórych momentach lepiej pozostać Obcym (zmasowany atak walczących na bliską odległość wrogów), a w innych żołnierzem.

Zły design boli przez całe życie

Jedną z największych wad gry jest słaby design potworów i otoczenia. Wrogowie wyglądają wręcz prosto i całkowicie niestrasznie. Mnie nie bawił fakt rozwalania setnego, identycznie głupiego łba. Opustoszałe i zabrudzone krwią laboratorium wygląda tak sobie. Pod tym pojęciem rozumiem fakt, że ja nie czułem się jakbym poruszał się po złowrogim, supertajnym i supernowoczesnym laboratorium, a raczej jak po zwyczajnym ośrodku badawczym. Wielka szkoda, gdyż spece z Midway mogli się postarać znacznie lepiej. Równie daleko potworom z Area 51 do tych z Dooma III, co z Poznania do Bagdadu.

Nie zrozumcie mnie źle, chodzi o sam projekt, gdyż sama grafika wywołuje jak najbardziej pozytywne uczucia. Mimo sporych ograniczeń PlayStation 2 - ta sprawiała wrażenie dopracowanej, lecz nieco za mało szczegółowej. Jednak jest dobrze, za co chwała twórcom.

Kawał solidnego shootera...

...jednak za mało strasznego jak na tę tematykę. Muszę przyznać, że gdybym nie dostał gry, to najzwyczajniej skusiłbym się na jej zakup, jako że to kawał solidnej roboty. Gra się przyjemnie i bezstresowo - jeśli szukacie takiego produktu, to polecam właśnie ten. Świetna gra dla wszystkich lubujących się w trzymaniu palca na spuście.


Norbert "Snake" Krajewski