Panie
i panowie! Wszem i wobec ogłaszam, że po tylu latach oczekiwań Zagłada wreszcie
nadeszła! Wszyscy kolonizatorzy Marsa proszeni są o nie wpadanie w panikę. Wbrew
pozorom to tylko gra.
No
cóż, jako wierny fan gatunku wyczekiwałem DOOM 3 już od dawna. Tworzony przez
firmę ID Software od ponad trzech lat (a podobno engine jeszcze dłużej). Z
powodu ciągłego przekładania premiery, a w końcu nałożenia na grę statusu
„wyjdzie kiedy będzie gotowa”, wielu graczy wątpiło w sukces. Oczywiście te
pesymistycznie wizje się nie sprawdziły. Chłopaki z ID to perfekcjoniści,
produkt końcowy musiał być dopracowany, więc sporo trwała jego produkcja. No i
nareszcie wyszła w Stanach – 3-go sierpnia 2004 roku. 10 dni później odbyła się
premiera europejska (w tym polska).
Ostatnie
chwile przed masakrą
Gra mieści się
na 3 CD. Zainstalowałem i uruchomiłem. Moje oczy ujrzały bardzo klimatyczne
menu. Jedno z ładniejszych jakie widziałem. W tle przygrywał świetny kawałek
Chrisa Vrenny z Tweaker. Utwór bardzo fajny i chyba jedyny w całej grze (ale o
tym potem). Zajrzałem w ustawienia klawiszy, oraz pobawiłem się opcjami
graficznymi, szybko jednak przeszedłem do konkretów. Do wyboru tryb Single
Player i Multiplayer. Od razu wybrałem to, co tygryski lubią najbardziej (single,
ma się rozumieć :)).
Cóż,
ładny filmik początkowy. Nasz bohater – kosmiczny marine – przybywa na czerwoną
planetę, by zastąpić zmarłego niedawno komandosa. My, oraz inni żołnierze, mamy
za zadanie pilnować, by nic nie zakłóciło przebiegu badań. Bowiem znajdujemy się
w kompleksie badawczym korporacji UAC (Union Areospace Corporation) na Marsie.
Atmosfera planety jest dla ludzi zabójcza, tak więc 97% gry spędzimy w
pomieszczeniach zamkniętych (pozostałe 3% to wtedy, kiedy biegamy po czerwonym
gruncie, oddychając tlenem z butli). Wróćmy jednak do fabuły. Otóż wysiadamy ze
statku, który nas tu dostarczył i jak się okazuje nikt nie chce nas zabić!
Zapewne w tej chwili większość z graczy przypomni sobie Half-Life, w którym
przed rozpoczęciem prawdziwej przygody, spacerowaliśmy sobie bezpiecznie po
tajnym ośrodku o nazwie Black Messa. DOOM w tym momencie korzysta z tego samego
„patentu”. Nie ma chyba nic w tym złego i mi się bardzo to spodobało. Przez
pierwszy kwadrans spokojnie dreptamy sobie po bazie. Zwiedzamy korytarze,
rozmawiamy z ludźmi, rozglądamy się. Już za chwilę to, na co patrzymy, nie
będzie takie samo! A to dlatego, że - tak samo jak w H-L – „coś poszło nie tak”.
Wybuchy, zniszczenia, trzęsienia, dziwne satanistyczne znaki oraz latające,
eteryczne czaszki czyniące z ludzi zombi. Na pierwszy rzut oka widać, że są to
skutki jakiegoś felernego eksperymentu. Zawinił Doktor Malcolm Betruger, szef
naukowy, odpowiedzialny za przebieg eksperymentu nad teleportacją. Z początku
trudno jednak dojść prawdy, ponieważ naukowcy nie są zdatni do dialogu. Teraz
jedynie mają świecące ślepia i pragną nas zeżreć.
Fabuła
jak widzicie ciekawa, budująca klimat. Jest to re-make tej samej historyjki,
jaka była opowiedziana w klasycznym DOOM’ie, tyle że w D3 jest ona trochę
bardziej rozbudowana, a jej kolejne wątki poznajemy dzięki filmikom na engine’ie
gry, ale także – a raczej przede wszystkim - dzięki różnym przenośnym palmtop’om
(Personal Data Assistant - PDA), które znajdujemy przy martwych naukowcach.
Trzymali oni w tych małych komputerkach swoje maile oraz nagrania głosowe,
będące np. raportami z przebiegu eksperymentów. Oczywiście nasz marine też ma
swój własny PDA, do którego możemy w każdej chwili zajrzeć (są w nim dodatkowo
cele misji oraz nagrania video). Niektóre z maili (spam :)) jakie otrzymujemy,
to jedyne źródła humoru. Ogólnie bowiem niewiele jest w grze wesołości (choć
muszę przyznać, że znalazłem 3 Easter Eggs, czyli niespodzianki ukryte przez
twórców).