„40 lat minęło…” – i to jest właśnie ból największy, że te lata oczekiwań na kontynuację gry „kultowej”, jaką niewątpliwie był Half-Life, wcale nie minęły jak jeden dzień. Ba! - ostatni czas był wręcz koszmarem. Rok temu już myślałem, że lada miesiąc moja perełka, na którą tak czekałem, wreszcie się pojawi. A tu nagły i niespodziewany wyciek kodu gry, jak piorun uderzył w nas – cierpliwie czekających graczy, powodując problem, który rozwiązano przekładając premierę tego tytułu. I w ten oto prosty sposób przyszło wszystkim fanom czekać na ową produkcję rok kolejny. Czy ten rok opóźnienia był stracony i czy Half-Life 2 zasługuje na miano „gry roku”? Dowiecie się tego czytając poniższą recenzję.
Wagonowe deja vu
Jakoś nie zaskoczyło mnie, że wcielając się w Gordona Freeman’a, pierwsze kroki postawimy w wagonie, bardzo podobnym do tego z początku i końca pierwszej części gry. Jak się jednak okazuje, sławny „człowiek z łomem” po tych wszystkich przejściach ma dziwne koszmary, w których widuje równie znanego G-Man’a po niezłym liftingu twarzy. Ale kogo obchodzą problemy emocjonalne naszego bohatera – ważne jest to, że właśnie zaczyna się zabawa.
Trafiamy do tajemniczego, wschodnioeuropejskiego miasta o nieskomplikowanej nazwie City 17. Nie ma żadnego wytłumaczenia, co działo się z Gordonem po jego ostatniej przejażdżce kolejką, ani jak znalazł się w tym miejscu, które notabene jest zamknięte i dobrze odizolowane. Szczególnie od środka, gdzie całe hordy policjantów w maskach, przypominających naszych rodzimych ZOMO, skutecznie bronią dostępu do wielu części miasta. Jak się okazuje, źli Obcy i źli ludzie stworzyli tandem, który nazwali Combine i przy pomocy technologii Obcych postanowili zawładnąć światem tworząc nowy porządek. I tak na Ziemi powstały zamknięte miasta, w których mogą kontrolować oni ich mieszkańców i robić im wodę z mózgu poprzez ohydną propagandę. Porządku, oprócz policjantów i żołnierzy, pilnują latające roboty pstrykające nam fotki, przed którymi trudno się schować, więc kontrola wszystkich osób jest całkowita. Każdy, kto owym zmianom spróbuje się przeciwstawić, zostanie odpowiednio brutalnie potraktowany, na co nie raz znajdziemy dowody w ciągu gry. Jednak (jak się szybko okazuje) tuż za plecami władzy grupują się ludzie chcący obalić rządy twardej pięści, a my oczywiście im w tym pomożemy.
Gordon Freeman – żywa legenda
Jak się okazuje, nie tylko naszej postaci udało się ujść z życiem uciekając z kompleksu badawczego Black Mesa. Powiodło się także naszym znajomym z bazy, którzy od tamtej chwili tworzyli naszą legendę – człowieka, który przeciwstawił się Obcym. Nic więc dziwnego, że nawet zwykli ludzie z ruchu oporu słysząc nazwisko Freeman popadali w euforię, wiedząc, że teraz przyszła kolej na odpowiednie potraktowanie „ludzi”, którzy postanowili władać naszą planetą. W ten oto sposób stajemy się swoistym VIP’em, którego osoby z organizacji Combine za wszelką cenę będą próbowały unieszkodliwić, a za którego walczący w ruchu oporu oddadzą nawet własne życie.
Dawkowanie fabuły to podstawa, ale czemu tak prosto?
Jak na kontynuację świetnej produkcji przystało, Half-Life 2 musi trzymać gracza w napięciu i powoli odkrywać kolejne ciekawe wątki fabuły. Tak to już w grach jest, że pomiędzy kolejnymi historiami (a raczej problemami) istnieje luka, którą to my wypełniamy torując sobie drogę do kolejnych etapów gry, a co za tym idzie do poznania dalszego ciągu historii i nowych ciekawych wątków. W HL2 nie jest inaczej, choć na początku czułem pewien niedosyt patrząc na to, jak twórcy postanowili rozwiązać problem łączenia fragmentów fabuły. W praktyce wygląda to tak – trafiamy do laboratorium, z którego moglibyśmy się teleportować w inne miejsce,

Laboratorium jak żywcem wzięte z naszych niedofinansowanych instytucji