Przez ostatnie lata gatunek horroru w kinematografii powoli, lecz sukcesywnie zamierał. Główną przyczynę należy w tym zjawisku upatrywać w braku świeżych pomysłów, które to potrafiłyby przyciągnąć widza do kin jak i przed telewizory. Przeważnie, co drugi film powstający na tle Hollywoodu z owego gatunku opierał się na utartych schematach typu: kilkoro nastolatków wyjeżdża na imprezę (lub coś podobnego) gdzie to zamiast zabawy czeka ich walka o życie z psychicznie chorym mordercą. A głównymi elementami, które ewoluowały w kolejnych tego typu filmach były coraz lepsze efekty specjalne.
Pewnie taki stan rzeczy utrzymałby się do chwili obecnej, gdyby nie pełen świeżości i nowych pomysłów japoński horror The Ring. Dobry pomysł oczywiście został bardzo szybko przechwycony przez Amerykanów, którzy nakręcili swoją wersje Ringu, nie odbiegającą zasadniczo od oryginału. Niewątpliwie film odniósł wielki sukces finansowy, czego owocem były kolejne części i mutacje tegoż pomysłu. Jedną z takowych mutacji jest gra FPS o tytule F.E.A.R...
Nie ukrywam, że stanęło przed mną niezwykle trudne zadanie zrecenzowania gry, której zostałem wielbicielem jeszcze długo przed jej premierą. To nie jedyna przeszkoda stojąca naprzeciw wystawieniu jej jak najbardziej obiektywnej oceny. Drugim aczkolwiek równie ważnym utrudnieniem jest sam fakt recenzowania potencjalnego hitu. A to z dwóch dość błahych powodów - łatwo popaść w przesadę i zachwalać niemal wszystko, ale równie łatwo rozczarować się z tytułu wygórowanych oczekiwań, którym dana gra nie sprostała choćby w połowie. Jak jest w przypadku F.E.A.R. dowiecie się z poniższego tekstu.

Za F.E.A.R. odpowiada dobrze nam wszystkim znana firma Monolith, która zasłynęła na rynku elektronicznej rozrywki dzięki niekonwencjonalnym FPS`om. Takie tytuły jak: Blood, No One lives Forever czy Alien vs Predator 2, w chwili ukazania się ustanowiły milowy krok w swoim gatunku. Dlatego też nie ma się co dziwić, że do dzisiaj wiele z tych gier stanowi łakomy kąsek dla gracza, nawet tego, co dopiero rozpoczyna swoją przygodę z grami komputerowymi. Czy z F.E.A.R.`em będzie podobnie? – śmiem twierdzić, że jak najbardziej tak. Dzięki ciężkiemu klimatowi, który obezwładnia nasz umysł, jak wciągająca książka i akcji pełnej widowiskowych scen pokroju tego, co doświadczyły nasze oczy w Matrixie. Nowe dziecko programistów z Monolith wsysa nas w wirtualny świat i nie pozwala z niego się wydostać aż do momentu ujrzenia końcowych napisów. Zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że jest to jedna z najbardziej nastrojowych i przyprawiających o gęsią skórę gier, jaka kiedykolwiek powstała, jak i najbardziej widowiskowy „shooter” wydany w tym roku.
The First Encounter Assault Recon jest wojskową grupą przygotowaną do wykonywania najbardziej karkołomnych zadań. Zadań o zabarwieniu paranormalnym, w których podstawowe środki nie odegrałyby znaczącej roli. Jak łatwo się domyśleć, dostanie się do tej elitarnej jednostki jest niezwykle trudnym zadaniem, jakiemu mało kto potrafi sprostać. My, dzięki celującemu wynikowi, uzyskanemu w trakcje treningu zostajemy w ekspresowym tempie wcieleni w pierwszoplanowe szeregi F.E.A.R.
Już w pierwszym naszym zadaniu koordynator wrzuca nas na głęboką wodę. Mamy zlokalizować i zneutralizować niejakiego Paxtona Fettle, który poprzez telepatyczne zdolności przejął kontrolę nad sklonowanymi żołnierzami i nieźle namieszał w rządowej korporacji Armacham. Nie będę się zagłębiał w szczegóły fabuły, gdyż popsułoby to Wam zabawę obcowania i poznawania niezwykle ciekawej i wstrząsającej opowieści, zgotowanej przez panów z Monolith.