Kiedy w moje łapska wpadła beta Blitzkriega II pomyślałem: "jasna cholera! Kolejne zabugowane dziadostwo". I okazało się, że rację - chociaż dzięki Bogu niepełną - miałem.
W pierwszego Blitzkriega zagrywałem się naprawdę szmat czasu, długo nie mogąc się od niego oderwać. Jest to dla mnie naprawdę wyjątkowa pozycja. Nie można mówić o jakimś niespotykanym realizmie, ale sporo jego przecież ma. Byłem w stanie wybaczyć nawet przestarzałą już w momencie premiery grafikę, ale kolejne dodatki coraz bardziej mnie do tego tytułu zniechęcały. Przyszedł czas na pełnoprawnego, długo wyczekiwanego sequela o oryginalnej nazwie Blitzkrieg II.
Po wrzuceniu zawartości płyty DVD na dysk twardy, podaniu kodu i zakończeniu użerania się z systemem zabezpieczającym moim oczom ukazała się gra.

Nic nowego?!
Pierwsze, co zawsze odpalam w każej grze to misje instruktażowe - nie inaczej było tym razem. Już przy pierwszym zadaniu omal nie połamałem sobie zębów widząc, jak moje czołgi zamiast strzelać do wroga po prostu przez niego przejeżdżają... Spokojnie, to tylko beta - pomyślałem. Po wczytaniu stanu gry (co odbywa się błyskawicznie) zobaczyłem pierwszy wylatujący w powietrze pojazd. No, rewelacja - wybuchy wyglądają naprawdę atrakcyjnie (więcej o oprawie później). Ale co to? Okazuje się, że pięć razy mniejszy czołg nie ma problemu z przejechaniem po pięć razy większym (ale zniszczonym) robiąc z niego metalowe wiórki! I tak było przez całą grę, naprawdę odstrasza. Mam cichą nadzieję, że do czasu premiery to się zmieni i wrak pozostanie wrakiem.
Zaliczając wszystkie misje treningowe (i przy tym lądując na pulpicie z debuggerem) doszedłem do wniosku, że to zwykły Blitzkrieg po liftingu. Szczerze mówiąc miałem delikatną nadzieję, że zrobią z tego grę z porządnym modelem uszkodzeń (coś a la Ludzie Honoru), a tu nic z tego. Ciągle te cholerne paski życia. Jak już wspomniałem, nie odnotowałem większych zmian w mechanice gry (bo w sumie i po co?), ale prócz zmienionego systemu wzywania wsparcia nie zauważyłem dosłownie nic więcej. Na szczęście to tylko pierwsze odczucie, gdyż szybko się okazało, że na tyle urozmaicono zadania otrzymywane podczas misji, że gra faktycznie jest czymś nowym. Wszyscy pamiętamy te monotonne wytyczne w stylu "zniszcz wszystko, co ośmieli się stanąć na twojej drodze". Będzie i tak (i dobrze), ale oprócz tego, co powiecie na możliwość eskorty dział, strzelania z działa 120 mm do desantującego się na plaży wroga (niczym Omaha) czy współpracowanie z wojskami sterowanymi przez AI? Powiem tak - wygląda i gra się lepiej, niż brzmi.
Blitzkrieg
Do dyspozycji testerów oddano kampanię rosyjską, USA i niemiecką (w pełnej wersji wspominano jeszcze o czwartej - brytyjskiej). Zmierzymy się z wrogiem m.in. na wyspach Pacyfiku czy stoczymy krwawe boje ze Szczurami Pustyni pod dowództwem Rommela. W tym miejscu warto wspomnieć, że autorzy zrezygnowali ze stuprocentowej liniowości. Każdy rozdział (np. w Afryce) przedstawiony jest na mapie, na której można wybrać misję, którą chcemy rozegrać. Wybór jest oczywiście dość ograniczony, bo chyba logiczne jest, że aby nasze wojska mogły dostać się w głąb terytorium wroga najpierw muszą przełamać pierwszą linię obrony. Na każde zadanie odgórnie mamy przeznaczony limit wsparcia (czasem także dostajemy nieznaną nam liczbę posiłków przy stracie głównych jednostek). Teraz nie ma tak różowo. Chcesz wezwać bombowce, myśliwce czy samolot zwiadowczy? Proszę bardzo, ale kosztuje to jeden punkt wsparcia. Ponadto, wezwanie dodatkowej drużyny piechoty, czołgów lekkich lub ciężkich TAKŻE kosztuje jeden punkt. Nie ma lekko, teraz każda decyzja musi być pięć razy przemyslana, żeby potem się nie okazało, że nie mamy już czym walczyć. Wsparcie można wezwać w każdej chwili, za wyjątkiem sytuacji, w której dopiero co poprosiliśmy o posiłki (prócz ograniczeń liczebnych obowiązuje też niedługi limit czasu, co jaki możemy poprosić o dodatkowe wojsko).