Rodzice protestują przeciw przemocy w grach komputerowych, media apelują i ostrzegają przed niebezpiecznym wpływem programów komputerowych ociekających krwią. Na szczęście dla nas – graczy, firma IO Interactive nie przejęła się tymi protestami i właśnie na rynek trafiła kolejna, tym razem już trzecia, odsłona słynnej serii Hitman, w której dylematem jest nie czy zabić, lecz jak to zrobić. Kolejne dziecko firmy tym razem ma podtytuł Contracts i bynajmniej nie wcielimy się w menadżera podpisującego kontrakty.
Aperitif
Stylowy czarny garnitur, czerwony krawat i łysa głowa z tatuażem. Chyba skądś znamy tego pana? Linka ze specjalnego włókna, strzykawka z narkotykiem i oczywiście Silverballer z tłumikiem, to podstawowe atrybuty płatnego zabójcy, w którego się wcielamy. I znów mamy do wykonania kawał brudnej roboty i mnóstwo mięsiwa przez które musimy się przewalić, więc zaczynamy.
Wszystko po staremu
Jak to już bywało w poprzednich częściach, przez świat zabójstw prowadzi nas słynny, wyrachowany, genetycznie zmodyfikowany (niczym amerykańska żywność), nigdy nie zadający pytania „dlaczego”, agent o numerze kodowym 47. Twórcy postanowili zmienić, a raczej rozszerzyć nieco fabułę, dodając pomiędzy wykonywane misje krótkie przerywniki filmowe. Trudno powiedzieć czy grze wyszło to na dobre, bowiem otrzymujemy tylko strzępkowe informacje dotyczące jednej z poprzednich misji naszego bohatera w Paryżu, gdzie został ranny i omal się nie wykrwawił. W dodatku sposób przedstawienia tych przerywników jako halucynacji, tylko utrudnia zrozumienie wątku. I po takim wstępie, który miał nam stworzyć klimat, rozpoczynamy grę.
Danie główne
Jak zwykle taktyka gry zależy od nas. Możemy podążać drogą cichego zabójcy i pozostawać niezauważonym, lub wchodząc na „imprezę”, rozpętać prawdziwe piekło na ziemi i opuścić lokal frontowymi drzwiami, pozostawiając za sobą mnóstwo trupów w przejściu. O ile do tego pierwszego potrzebujemy trochę inteligencji, to do tego drugiego konieczne jest tylko coś, co odrzuci naszych przeciwników na kilka metrów. A do rozwiązywania tego typu dylematów służą (między innymi) wszelkiej maści shotguny, które umiejętnie użyte powalą nawet grupkę przeciwników, a także rosyjski światowy hit eksportowy – AK 47, czyli słynny „kałasz”. W ostateczności w ilości moc, czyli Silverballerowy duet, który podwójną ilością kul zasypie każdego przeciwnika.
Na szczęście większość ludzi gra normalnie i nie kończą z przydomkiem „mass murder”, tylko próbują przeżyć jako „silent assassin”. Żeby zasłużyć na miano cichego zabójcy, trzeba grę przejść zabijając tylko i wyłącznie cele wyznaczone w misji, żadne inne trupy nie wchodzą w rachubę. Nikt nie może nas rozpoznać i wszcząć alarmu, dlatego musimy przenikać niczym cień pomiędzy strażnikami lub przebierać się w czyjeś szykowne ciuszki. A jest w kogo się wcielić – rzeźnik, strażnik, policjant, kelner, boy hotelowy i wiele, wiele innych zwłok do wyboru i pod kolor. Niestety nasz zabójca nie może paradować na golasa, choć na pewno swoim wyglądem rozbroiłby niejednego wroga. Dzięki takim zabiegom nasz anty-bohater może poczuć się pewniej. Należy jednak pamiętać, że jeśli przebieramy się za strażnika, który ma broń, my też musimy ją mieć, inaczej możemy wzbudzić podejrzenia, o czym poinformuje nas czerwony napis w lewym dolnym rogu.
Jeśli chodzi o to, czym zabijać nasze cele, to (żeby pozostać nie wykrytym) musimy użyć naszego towarzysza z tłumikiem, linki, która doskonale nadaje się do wieszania prania, lub którejś z dostępnych broni białych, jak nóż, tasak itp. Dzięki bardzo użytecznej mapie widzimy poruszające się osoby i możemy w ten sposób zaplanować taktykę. Chyba, że gramy w trybie proffesional, wtedy sprawa z mapą komplikuje się, ponieważ nie widzimy na niej wroga.
Niestety zazwyczaj nasze cele są dobrze chronione. Dlatego musimy wyczekiwać odpowiedniego momentu, kiedy zostaniemy sam na sam z celem w toalecie, saunie czy innym pomieszczeniu, gdzie nikt nam nie przeszkodzi w celnym strzale w tył głowy czy delikatnym przyduszeniu linką. Później należy już tylko (nie wzbudzając podejrzeń) udać się do wyjścia i możemy cieszyć się z kolejnej udanej misji. Jeśli nasz cel śpi, możemy go nawet udusić poduszką. Można też zupełnie unikać kontaktu z celem, np. dodając trucizny do napoju, który za chwile wypije. I to jest właśnie kwintesencja tej gry – cicho i (bez)boleśnie.